Niedziela, 31 sierpnia 2025 r. 
REKLAMA

Sierpień, duch i materia

Data publikacji: 2025-08-29 10:46
Ostatnia aktualizacja: 2025-08-29 10:55
Do strajkujących stoczniowców dołączały się załogi innych zakładów pracy. Fot. Archiwum IPN  

Tomasz ZIELIŃSKI

Lato 1980 roku było ciepłe, słoneczne i przyjazne. W polityce nie działo się nic nadzwyczajnego. Wcześniej, w marcu, odbyły się wybory do Sejmu, które, jak zwykle, wygrała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, a za nią w ustalonej kolejności ulokowano sojusznicze stronnictwa i nielicznych bezpartyjnych, którzy dostąpili tego zaszczytu. Pierwszemu sekretarzowi PZPR Edwardowi Gierkowi przyznano w jego okręgu ponad 98 procent głosów i powoli zbliżał się on do jubileuszu dziesięciolecia swoich rządów. Socjalizm trzymał się mocno.

„Dekada Gierka” dobrze zapisała się w pamięci Polaków. Gospodarz porzucił surowy ascetyzm swojego poprzednika, zaciągnął za granicą miliardowe kredyty i zainwestował je w rozwój kraju. Powstawały nowe zakłady, gazety pełne były ofert zatrudnienia. Żeby zmniejszyć dotkliwy głód mieszkaniowy, zbudowano 71 fabryk domów z wielkiej płyty. A żeby zmotoryzować Polskę, pojawił się fiat 126p, maluch, auto jak zabawka, które szybko opanowało polskie drogi. Ruszyła budowa kościołów. I nawet reglamentacja cukru na kartki – pierwszy sygnał, że coś tu jednak szwankuje – nie była w stanie zniweczyć roztaczanej przez propagandę wizji Polski przyszłości, Polski sytej.

Jeżeli było tak dobrze i mimo permanentnych „przejściowych trudności” miało być coraz lepiej, to skąd się wziął sierpniowy protest?

„Bo chleba dość, lecz rośnie popyt na igrzyska”

– śpiewał w jednej ze swoich piosenek Wojciech Młynarski. Sęk w tym, że chleba nie było dość, a nawet było go za tę samą pensję jakby coraz mniej, ale w powiedzeniu o igrzyskach też jest ziarno prawdy. Modlitwa papieża z Polski na Placu Zwycięstwa w Warszawie aby Duch Święty odmienił oblicze „tej ziemi”, trąciła w umysłach ludzi i tak już napiętą strunę pragnień wykraczających poza rutynę codziennego bytu.

Strajk w Szczecinie był strajkiem solidarnościowym dla poparcia strajkujących od trzech dni gdańskich stoczniowców. Szybko jednak zyskał własną autonomię, dynamikę i koloryt. Przewodniczący komitetu strajkowego Marian Jurczyk nie ufał dziennikarzom i „ekspertom”, i niechętnie widział ich w „Warskim”, jak nazywano wtedy Stocznię Szczecińską. Nie miał kto szerzyć wieści o wydarzeniach w Szczecinie, uwaga wszystkich skupiała się na Gdańsku.

Po trzech dniach, gdy stała już komunikacja miejska i zamierała produkcja w kolejnych zakładach, w stoczni zjawił się wicepremier Kazimierz Barcikowski z ekipą partyjnych dygnitarzy i taka sama delegacja z wicepremierem Mieczysławem Jagielskim przyjechała do Gdańska. Szczeciński komitet strajkowy położył przed gośćmi listę 36 postulatów. Ze sfery materii i ze sfery ducha. Od pierwszej chwili było jednak wiadomo, że największy bój rozegra się o postulat pierwszy: „Powołać wolne i niezależne od partii i rządu związki zawodowe oraz stworzyć warunki do ich niezbędnej działalności.” To nie miały być już związki od cebuli i ziemniaków na zimę, lecz związki naprawdę reprezentujące interesy pracownicze wobec pracodawcy czyli państwa, i gdy trzeba, to w opozycji do niego. „Jeśli tylko zgodzą się na wolne związki, a niektóre inne sprawy nie przejdą, to i tak wygramy”, powiedział Krzysztof Kubicki, jeden z liderów strajku. „Bo jak będziemy mieli takie narzędzie, to powoli wymusimy na nich dalsze zmiany”.

Po 35 latach istnienia PRL-u, po różnych nieudanych próbach zwiększenia obszaru wolności – w latach 1956, 1968, 1970, 1976, gdy dążeń różnych grup społecznych nie można było, niczym rozrzuconych puzzli, dopasować – pojawiła się szansa na złożenie ich w czytelny obraz. Wreszcie większość społeczeństwa myślała podobnie i miała podobne pragnienia.

Paradoksem negocjacji, które toczyły się między strajkującymi i rządową delegacją było to, że władze bardziej skłonne były zaakceptować te postulaty, które wystarczyłoby załatwić krótkim

„tak, zgoda”,

niż te, których spełnienie wymagało długiego czasu i dużych wydatków. Skrócenie czasu oczekiwania na mieszkanie do pięciu lat – ależ tak, to wam możemy obiecać. Wolne związki zawodowe, zniesienie cenzury, przywilejów dla wojska i milicji – nie tak szybko, to wymaga czasu i pracy. Na zbolałe serca wicepremiera Barcikowskiego i jego ekipy chyba kojąco działał napis na plakacie, który ktoś sporządził na wielkim arkuszu szarego papieru i umieścił na wprost stołu prezydialnego. Na plakacie widniało hasło: „Socjalizm postępowy tak, wypaczenia nie”. Niech już będzie „postępowy”, cokolwiek to znaczy – zapewne pocieszał się wicepremier – najważniejsze, że „socjalizm tak”, że nie chcą obalać ustroju…

Po męczących dwóch tygodniach strajkowej bezczynności (bo jedynym zadaniem strajkujących, jedyną ich pracą do wykonania było być, czekać, wytrwać) przyszło zwycięstwo. Partia rządząca zgodziła się na utworzenie niezależnych od niej związków zawodowych. Gorycz porażki osłodziła sobie tym, że nie miały się one nazywać „wolnymi” (jeszcze by ktoś pomyślał, że pod rządami PZPR wolność musi być wynegocjowana), lecz „niezależnymi” i „samorządnymi”. Wieczorem w piątek 29 sierpnia ekipa rządowa i komitet strajkowy w Szczecinie uzgodniły treść porozumienia i rozpoczęto przygotowania do jego podpisania. Otwarto szeroko bramy stoczni dla dziennikarzy, pojawiły się kamery telewizyjne. Ustalono szczegóły: sobota, 30 sierpnia, godzina ósma rano. Gdańsk strajkował dalej, domagał się jeszcze zwolnienia więźniów politycznych. Delegaci z Gdańska, obecni w „Warskim”, rozpaczliwie próbowali nakłonić szczecinian do kontynuowania strajku solidarnościowego. Ale decyzja zapadła, porozumienie było uzgodnione, wszystko przygotowane, kamery nacelowane na stół prezydialny – i jak tu się teraz wycofać? Podpisali!

Szczecin, który rozpoczął strajk jako drugi, zakończył go jako pierwszy. Była radość i satysfakcja, ale wiadomość o strajkującym nadal Gdańsku dręczyła wiele sumień. Jeśli w Gdańsku nie skończą do poniedziałku – mówili ludzie wychodzący ze stoczni w deszczowy sobotni poranek – to i my zaczniemy od nowa. Lecz to nie było już potrzebne. Nazajutrz, w niedzielę, władze wypuściły więźniów politycznych i po południu Lech Wałęsa i wicepremier Mieczysław Jagielski złożyli podpisy pod gdańskim dokumentem. I dopiero ten moment uznawany jest za początek „Solidarności”.

Co nam zostało z tych lat?

Pamięć. Narodziny „Solidarności” i jej burzliwa historia pozostaną w zapisanych wspomnieniach, książkach, podręcznikach historii, rozwiązaniach ustrojowych. Głos Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”, chociaż dziś jest on już tylko cieniem wielomilionowej organizacji, która powstała bezpośrednio po sierpniowym strajku, wciąż jest słyszalny. W historii Polski fenomen „Solidarności” zapisał się na zawsze.

Duma. W kraju, w którym obchodzi się rocznice powstańczych klęsk i przegranych bitew, tym razem udało się wygrać bez jednego wystrzału, bez przelania kropli krwi. Nadgryźć zręby ustroju, który miał w swojej naturze niecofanie się przed opresjami i zadawaniem śmierci buntownikom, stającym nawet w słusznej sprawie. To nie wyszło ani w NRD, ani na Węgrzech, ani w Czechosłowacji, lecz udało się nam, Polakom.

Rozczarowanie. To odczuwają ci, którzy biorą za jedną dwie „Solidarności” – tę z roku 1980 i tę z roku 1989. Pierwsza powstała spontanicznie, drugą przejęli politycy, którzy nie zamierzali wracać do sierpniowych uniesień. Zmiany ustrojowe stworzyły nową Polskę i nowe dla niej wyzwania. Nie było powrotu do marzeń ze styropianu. Ale przecież niełatwo było ludziom stawić czoła bezrobociu, nieznanemu od czasów sprzed drugiej wojny światowej. Nielekko było zaakceptować fakt, że ich bastiony, ich zakłady pracy – zniknęły. Nie ma już Huty „Szczecin”, Papierni „Skolwin”, „Wiskordu”, „Unikonu”, „Gryfu” i dziesiątków innych przedsiębiorstw. A najważniejsze – nie ma „Warskiego”. Nie będzie już można powtórzyć sierpniowego czynu, gdyby była tego potrzeba. Ogromna żółta suwnica z napisem STOCZNIA SZCZECIŃSKA, wciąż widoczna na miejscu dawnej stoczni, jest jak wyrzut sumienia. Zdaje się mówić: wygraliśmy, ale zobaczcie jaką cenę za to zapłaciliśmy.

Rozczarowanie dotyczy też innego wymiaru sierpniowej historii i wcale nie chodzi tu o osobiste odczucia i pragnienia.

Szczecin jest osobliwym miastem,

mającym szczególną właściwość lekceważenia swojej historii i dokonań swoich mieszkańców. Tak jest też z sierpniowym strajkiem. Wspomina się go raz w roku. 30 sierpnia pod bramą Stoczni Szczecińskiej odbywa się uroczystość złożenia wieńców, która jest bardziej hołdem dla ofiar Grudnia 1970 niż upamiętnieniem Sierpnia 1980. Z każdym rokiem maleje grupka uczestników. A inne świadectwa „Solidarności” w miejskiej przestrzeni? Plac w centrum miasta i „Przełomy”, gdzie w historii Szczecina nie pomija sierpniowego strajku. To mało? – spyta ktoś. Spróbujmy poszukać odpowiedzi na to pytanie z innej niż rocznicowe wspomnienia strony.

Historia polskiego, powojennego Szczecina jest krótka – cóż to jest 80 lat na przestrzeni ponad tysiącletnich polskich dziejów. Mając tego świadomość tym bardziej powinniśmy budować tożsamość tego miasta, zostawiać ślady, znaczyć teren. Takim śladem jest fenomen „Solidarności”. Tymczasem w Szczecinie zaczyna się wracać do niemieckiej historii miasta i regionu, przywołuje się postacie z odległej przeszłości w nazwach placów, ulic i budynków, a pomija to, z czego powinno się czerpać garściami: z krótkich, ale bogatych powojennych dziejów miasta. Nie ma w Szczecinie swojego placu – w centrum miasta, nie gdzieś na odległym osiedlu – lider strajku Marian Jurczyk. Nie ma swojej ulicy Aleksander Krystosiak, który skrzesał iskrę szczecińskiego Sierpnia. Do jakiegoś magazynu niechcianych nazwisk trafiły inne postacie szczecińskiego strajku i burzliwych późniejszych dziejów „Solidarności”. Nie tak się buduje tożsamość miasta, gdy tyle jest o nim do powiedzenia.

Samo zaś centrum wydarzeń, które – trzeba to przypomnieć tu po raz kolejny – wstrząsnęły Polską i Europą, budynek w dawnej Stoczni Szczecińskiej, jest pożałowania godną ruiną. Szczecińska na wskroś, rzec można, tradycja. Dopiero teraz, po czterdziestu pięciu latach, gdy dorasta pokolenie wnuków „ludzi ze styropianu”, zajęto się ratowaniem tego miejsca. Nie powstanie tu Europejskie Centrum Solidarności – takie jest już w Gdańsku, od dziesięcioleci – ale przynajmniej zostanie trwały ślad wpisujący się w tożsamość polskiego Szczecina.

I to jest odpowiedź na pytanie czy upamiętnień szczecińskiego Sierpnia mamy mało czy dużo. Tak, wciąż za mało jest w przestrzeni miasta trwałych śladów jego historii. Tej najważniejszej dla nas historii – z ostatnich osiemdziesięciu lat.