Bramę przy ul. Kaszubskiej 56 zna większość Szczecinian 40+. To tędy, idąc od strony Placu Zwycięstwa, przechodziło się na teren, na którym mieściły się kioski gastronomiczne, serwujące legendarne tosty z pieczarkami i serem. W prześwicie natomiast znajdowało się wejście do Baru Pasibrzuch, ulokowanego na pierwszym piętrze kamienicy.
Niezabudowana od zakończenia II wojny światowej działka została sprzedana w grudniu 2008 roku, niedługo później stanął w tym miejscu biurowiec. Wspomnienie tzw. Kogucików – jak nieformalnie nazywano parcelę z pawilonami – do dzisiaj budzi sentyment wielu osób, o czym można się przekonać, przeglądając lokalne grupy historyczne w mediach społecznościowych.
– Od dawna się staraliśmy, żeby tę bramę zamknąć. Początkowo nie było możliwości, tędy było przejście dla całego Szczecina do „Kogucików”. W rogu stało WC i kosze na śmieci. Strach było wychodzić – pani Romualda Zygmańska wskazuje ręką boczny fragment podwórza. – Potem, jako wspólnota mieszkaniowa wystąpiliśmy z wnioskiem o zamykanie bramy przynajmniej na noc. Uzyskaliśmy zgodę, dyżury musieliśmy ustalić między sobą, no ale już było trochę spokoju. Wszystko się zmieniło, jak się zaczęła budowa. Postawili rusztowania i już się całkiem uspokoiło, bo ludzie przestali tędy chodzić. Zaczęliśmy myśleć, co zrobić dalej – opowiada mieszkanka kamienicy przy ul. Kaszubskiej.
Mur wzniesiony pomiędzy biurowcem a tylną elewacją przedwojennego budynku spowodował powstanie niedużej, ograniczonej ze wszystkich stron przestrzeni.
– Oni robili swoje, a my swoje – kontynuuje opowieść pani Romualda. – Wystosowaliśmy pismo do zarządcy wspólnoty z wnioskiem o zrobienie nawierzchni. Położyli nam polbruk i zostawili obrzeża, tak jak chcieliśmy. Wtedy tylko bluszcz był pociągnięty na jednej ścianie, żadnych innych roślin nie było. Zaczęliśmy sadzić, najpierw tulipany, coś małego. Kto kupował? Różnie, przeważnie ja – uśmiecha się seniorka.

Najbardziej spektakularne okazy „posadziły się” same: sumak octowiec, który wysokością sięga już ok. 10 metrów i odrobinę niższy klon. Dziki bez również pojawił się na podwórku bez zaproszenia, a jest na tyle inwazyjny, że regularnie trzeba zrywać pnącza kilkumetrowej długości, aby nie zdominowały reszty roślinności. Bandurska wierzba o pokręconych gałązkach rozwinęła się z bukietu, który pani Romualda miała w domu jako ozdobę świąteczną. W skrzyniach rosną kwiaty, „kościołowe”, jak mówi pani Zygmańska: – Jak się kończy oktawa wielkanocna to sąsiadka, pani Mirka, przynosi z kościoła pw. św. Jana Chrzciciela rośliny, na przykład hortensje. Kościołowe są też te 3 pelargonie – rosły przy figurze Matki Boskiej. Mirka przezimowała je u siebie w domu, a wiosną posadziliśmy na zewnątrz – tłumaczy.
Sadzonki są ogromne i bardzo obficie kwitną, mają po 20 kwiatów i więcej.
– Trzeba odpowiednio dbać – pani Romualda prowadzi do beczki z nawozem, zdradza tajemnicę: – Skórki banana i suche drożdże zalewamy wodą i odstawiamy przynajmniej na 3 dni. Potem tą wodą podlewamy pelargonie, koleus, wszystkie rośliny kwitnące.
Druga beczka stoi pod kranikiem, który został zamontowany specjalnie na potrzeby ogródka. Obserwujemy, jak gołąb staje na krawędzi, chcąc się orzeźwić. Jest bardzo gorąco.
– Nie sięgasz, biedaku, czekaj, pomogę ci – mówi pani Romualda i odkręca kurek. – Do podlewania używamy wody stojącej, i tylko do drzew i krzewów szlaucha – widać, że zasady wprowadzone w opiece nad podwórzem są poparte wieloletnim doświadczeniem. Pani Zygmańska chwali współpracę z prowadzącymi pobliską Restaurację małe Przyjemności. – To chłopaki przynieśli krzesła, stolik, Jakub i Szymon. Dają, co im zbywa, wiedzą, że tu się nie zniszczy. Kiedyś wracamy z mężem do domu, a tu pełno roślin stoi, nawet skrzynka z kratką i pnączem. Chroniony wiciokrzew pomorski na ogrodzeniu też jest od nich. I dzbanki na wodę. Sama im proponuję: dajcie, odratuję, co wam słabo rośnie, potem sobie weźmiecie – z uśmiechem opowiada ogrodniczka z ulicy Kaszubskiej i prosi, żeby publicznie pochwalić obu panów. Podkreśla również dobre relacje z panem Tolkiem, który odpowiada za porządek na sąsiedniej parceli.
Pani Zygmańska ukończyła 85 lat, a większość niezbędnych prac na podwórku wykonuje sama. Mąż jest schorowany.
– Mam szpadelek, ale jak trzeba coś większego zrobić, to zaczepiam sąsiadów na korytarzu i proszę o pomoc. Widzą, że latam jak ta głupia, pewnie nie chcą się wtrącać – śmieje się seniorka. Oboje państwo Zygmańscy są emerytowanymi pedagogami, pani Romualda uczyła biologii.
– Nie ma starego nauczyciela, który nie był społecznikiem, nie wierzę, że się jakiś uchował. Szkoła, w której pracowałam, była nowa, drzewa wokół niej sadziliśmy – tłumaczy seniorka.
Małżonkowie wprowadzili się do kamienicy przy ul. Kaszubskiej w 1973 roku, razem z dziećmi. Po pracy uprawiali działkę ROD przy ul. Hożej.
– Mieliśmy drzewa owocowe, warzywa, wszystko. Spędziliśmy tam wiele pięknych lat – wzdycha była nauczycielka. – Jeździliśmy z psem. Jak chorował, leżał sobie pod czereśnią. Kiedy podupadłam na zdrowiu, przekazaliśmy działkę wnukowi, bo mam tę wadę, że nie mogę usiąść i nic nie robić. Wiedziałam, że będzie mnie kusiło. Przywiozłam część roślin na podwórze, trafił się kupiec – więc działkę sprzedaliśmy – podczas rozmowy pani Romualda badawczym wzrokiem ogląda rośliny na podwórzu, strzepuje suche igły z tui, przekwitnięte liście oraz płatki pelargonii. Mówi, że musi wziąć grabie i dokładnie pościągać inwazyjne pędy.
– Kochana, tu ciągle jest coś do roboty! – mówi. Zwracam uwagę na kolorowe dekoracje zdobiące drzwi prowadzące do piwnicy, taboret, krzesło. Pani Zygmańska się uśmiecha.
– To ja malowałam. Chodziłam trochę na zajęcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Policach. Chciałam całą bramę wymalować w środku, ale skończyło się tylko na ozdobieniu skrzynki energetycznej – pokazuje drzwiczki, na których widnieją słoneczniki oraz kwiaty polne. Opowiada, że przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą podwórko zyskuje świąteczną oprawę: na żywotniku wieszane są bombki albo jajeczka.
– Pierwszy raz zgłaszamy się do konkursu „Kuriera Szczecińskiego”. Pomyślałam, że tak pięknie rośliny rosną, że z tak brzydkiego miejsca, pustyni, betonu, można było stworzyć przyjemną przestrzeń do odpoczynku dla wszystkich – i postanowiłam skontaktować się z redakcją – mówi pani Romualda. – Chciałabym się wziąć za bramę – pokazuje płytę umieszczoną w nadświetlu dwuskrzydłowych drzwi. Przez cały rok gołębie budują pod nią gniazda, mnożą się, sąsiedzi narzekają, że podwórko jest upstrzone ptasimi odchodami. Chciałabym jeszcze pomóc, porobić – mówi pani Zygmańska… ©℗
* * *
Honorowym patronem konkursu jest Prezydent Szczecina, a partnerami: Miasto Szczecin, Szczecińska Agencja Artystyczna, Rajski Ogród, Fabryka Zieleni i Polski Związek Działkowców Okręg w Szczecinie.
Monika KOŁACZ