Na Stołczynie panuje atmosfera małego miasteczka. Kamienica położona przy ul. Nad Odrą niedaleko stacji kolejki SKM znajduje się w dolnej, bardzo spokojnej części osiedla. Naprzeciwko przebiega ul. Zamknięta, po jednej stronie zabudowana ceglanymi domami przypominającymi śląskie familoki i niknąca dalej, w gąszczu bujnej zieleni. Większy ruch pieszych można zauważyć jedynie przy sklepie spożywczym Społem, po jezdni z rzadka przejeżdża samochód. Architektura nie jest tu mocno urozmaicona, ani wyrafinowana, przypomina o dawnym, robotniczym charakterze północnych krańców Szczecina. Kilkupiętrowe budynki czynszowe powstawały na przełomie XIX i XX wieku. Porównując obecny widok z pocztówką z ok. 1915 roku widać, że kamienica pod numerem 22 została podwyższona o jedną kondygnację, a jej fasadę ujednolicono. Od strony chodnika nic nie zapowiada efektu, jaki odsłania się za tylną elewacją.
– Mieszkam tutaj od urodzenia – mówi Adam Wojtczak. - Wychowałem się na tym podwórku. W latach 60. komórki poniemieckie stały z pruskiego muru. Sąsiad chlewik miał. Pewnego razu świnia uciekła, pamiętam jak ją gonili, bramka jeszcze wtedy była zamontowana przy wjeździe. Na parterze działała piekarnia, a od frontu sklep, gdzie sprzedawali pieczywo. Po świniobiciu ciepłe bułki z pasztetową jedliśmy – wspomina Stołczynianin. - Potem komórki zlikwidowano, w międzyczasie ktoś postawił garaż bez pozwolenia... Panował bałagan. Chwasty rosły wysokie na 2 metry, ludzie grille robili – dodaje. Do rozmowy włącza się żona, Grażyna Szatkowska-Wojtczak.
– Przeprowadziłam się na Stołczyn 43 lata temu. Na początku lat 2000, kiedy zamieszkałam w tej kamienicy, namówiłam męża, żeby zrobić porządek na podwórzu. Z okien mamy widok na poniemiecki bunkier, a między nim a budynkiem obok było wysypisko śmieci: leżały dywany, pralki, linoleum. Wychodziła wtedy gazeta „Moje Miasto”. Mąż udzielił do niej wywiadu i właściciel terenu został zobowiązany do uprzątnięcia bałaganu. Zachciało nam się dalej robić – uśmiecha się pani Grażyna.
– Uporządkowaliśmy gruzowisko, nawieźliśmy ziemi. Kupiliśmy z żoną 3 czy 4 tuje, takie malutkie. Obsadziliśmy też ścianę bunkra bluszczem – dopowiada pan Adam.
– Z poważniejszych inwestycji pierwsza była lipa, a potem mąż kupił magnolie – pani Wojtczak wskazuje ręką dorodne drzewa. - Za pieniądze wspólnoty, z funduszu remontowego. Ale większość roślin i przedmiotów pochodzi z odzysku.

Rozglądamy się po podwórzu. Zielone rabaty zaaranżowano wzdłuż betonowego ogrodzenia, usytuowanego prostopadle do tylnej elewacji kamienicy oraz vis-à-vis drzwi wyjściowych, pod szarą ścianą schronu. Za niskim, drewnianym płotkiem rosną wielkie tuje, krzewy dorodnych hortensji bukietowych oraz ogrodowych, krzewuszka, róże.
– Krzewy róż posadziliśmy w miejscu, gdzie wcześniej była przybudówka piekarni. Jeszcze beton został w podłożu – pani Grażyna zwraca uwagę na placyk w rogu elewacji budynku.
Rośliny pan Adam przynosi z okolicznych opuszczonych ogródków. Biegał po tych terenach od urodzenia, zna doskonale najmniejsze zaułki. Przez wiele lat pracował w pobliskiej Hucie Szczecin, ale z kwiatami nigdy nie miał nic wspólnego.
– Kopałem w ziemi razem z rodzicami, uprawialiśmy warzywa. Wszyscy tu kiedyś mieli działki – tłumaczy. Pani Grażyna była nauczycielką przyrody. Na podwórzu wszystko bardzo dobrze rośnie – co zapewne jest zasługą trudu i miłości, jaką oboje państwo Wojtczakowie wkładają w utrzymanie terenu. Nie widać, że zielona oaza została wykonana tanim kosztem.
– Zięć ma firmę budowlaną. Gdzieś rozbierali wiatę, więc przywiózł ją i samodzielnie postawił u nas na podwórzu. Wspólnota tylko ufundowała płyty OSB i papę – mówi pan Adam. Płotek został zrobiony ze starych palet. Donice – betonowe, ceramiczne i rattanowe pochodzą z odzysku, przywożone z rumowisk albo znajdowane na śmietnikach. Obrazki zdobiące wnętrze zadaszenia – również. Pośród reprodukcji przedstawiających portrety, sielskie widoki oraz nokturny można znaleźć malowidła sygnowane nazwiskiem Trąbczyński i oznaczone datą 1981.
– Jeden mężczyzna wystawiał je przed domem na ul. Polickiej, po swoim dziadku czy ojcu. To zabrałem – mówi Adam Wojtczak. Na wyposażeniu wiaty są stoliki i krzesła – oczywiście zdobyczne.
– Można posiedzieć, wypić kawę, poczytać książkę, a jak przyjadą dzieci z wnukami – zrobić grilla – tłumaczy pani Grażyna. Sąsiedzi z kamienicy rzadko zaglądają na zielone podwórko, chociaż państwo Wojtczakowie zachęcają i tłumaczą, że teren jest wspólny.
– Mąż czasami się denerwuje, że wszystko na jego głowie. Ile się przez te lata narobił, nadźwigał, nakopał! Sam i z pomocą syna. Nawet żwir przywoził własnym samochodem, żeby dziury zasypać w nawierzchni, bo wcześniej błoto było – opowiada pani Grażyna.
Oboje małżonkowie podkreślają, że dbają o podwórze dla poprawy estetyki miejsca, i również po to, aby zmienić krzywdzący – i nieprawdziwy - stereotyp Stołczyna.
– Ludzie są w szoku, jak tu zaglądają, zdjęcia robią, bardzo im się podoba - mówi pan Adam.
– Ale nie ma naśladowców. Kiedyś tylko, jak wrzuciłam zdjęcia na Facebooka, przyjechała jedna pani i szczepki sobie urwała z kwiatów. Kamery ją nagrały – śmieje się emerytowana nauczycielka.
Państwo Wojtczakowie samodzielnie wymyślają koncepcje ogródka.
– Sadzimy tam, gdzie jest fajne miejsce – mówi pan Adam. Wiosną wzdłuż drewnianego płotu kwitną piwonie, tulipany, krokusy. Na lato z pieniędzy wspólnoty zostały dokupione kolorowe petunie i surfinie w amplach.
– Przyjemnie jest. Wnuki biegają, pytają: mogę urwać kwiatka dla mamusi? Ptaków tyle przylatuje, wieczorami jeden jazgot. Motyle, trzmiele, bąki siedzą na roślinach – tłumaczą obydwoje małżonkowie. Nietrudno to sobie wyobrazić, patrząc na gęstą i dorodną zieleń.
Do udziału w konkursie państwo Wojtczakowie zostali namówieni przez znajomego z sąsiedniej kamienicy, chociaż, jak podkreślają, nigdy nie pracowali z myślą o rywalizacji czy nagrodach. Zapytani o plany, odpowiadają zgodnie: – Nie ma co planować, trzeba zadbać o podwórko. Żwiru znowu dosypać.
Zawsze jest co robić.©℗
Monika KOŁACZ
