Na tyłach bloku przy ulicy Szybowcowej w Dąbiu kryje się nietypowy ogród – wąski i długi na kilkadziesiąt metrów. Ograniczenia spowodowane umiejscowieniem wyzwoliły w mieszkańcach godną podziwu kreatywność oraz wzorcową współpracę międzysąsiedzką.
– Wcześniej tu były przydomowe działki – opowiadają panie Halina Bukowska i Dorota Walendzik, które znają się od dzieciństwa. - A jak byłyśmy małe, to w pomieszczeniach gospodarczych rodzice kurki chowali, króliki...
Dwukondygnacyjny budynek o numerach klatek 61, 62 i 63 został wzniesiony w latach 60. XX wieku, na miejscu zniszczonej, przedwojennej nieruchomości. Ocieplony i otynkowany nie wyróżnia się na tle starszej architektury usytuowanej w pobliżu. Większość żyjących tu rodzin to wieloletni mieszkańcy.
– Kiedy zlikwidowano komórki, został bałagan. Naprzeciw naszego bloku powstały domki jednorodzinne, właściciele postawili ogrodzenia – kontynuuje wspomnienia pani Dorota. - Musieliśmy wygospodarować miejsce dla samochodów, ale bardzo chcieliśmy wrócić do czasów, kiedy mieliśmy na podwórku kwiaty, które cieszyły oko.
I tak powoli, powolutku, drobnymi kroczkami zaczęliśmy działać – wchodzi w słowo pani Halina. A pani Dorota dopowiada: - Uprzątnęliśmy teren i zaczynaliśmy od sadzenia małych krzaczków. Każdy nas cieszył! - wspomina z uśmiechem. W ten sposób około 10 lat temu, na wąskim pasie ziemi zaczął wyrastać ogród.
Inicjatywę podjęły obie panie, ale prace od początku były – i są - wykonywane kolektywnie przez mieszkańców wspólnoty.
Nikogo nie trzeba zmuszać, wszyscy się angażują – fizycznie lub finansowo. Z naszej klatki jest jeszcze jedna sąsiadka, Maria Grzybowska, która najwięcej z nami działa, a z klatki obok - Lucyna Nowak i Ludmiła Komorowska. Ale nie ma jednego zarządzającego, decyzje podejmujemy wspólnie i raczej spontanicznie – tłumaczą panie z ulicy Szybowcowej.
– Kto może i ma ochotę – wychodzi i pracuje. Ogródek jest po to, żeby nas cieszyć – wyjaśnia pani Dorota.
– Widzę przez okno, że sąsiadka jest na dworze. Schodzę na dół, później następna idzie. Tak to działa – obrazowo opowiada pani Halina.
– Nazywamy to „zebraniem”. Więc kilka sąsiadek się zbiera i dyskutujemy: przydałby się jakiś nowy kwiatek, to co, kupujemy? Kupujemy! I tak się rodzą nasze pomysły – pani Dorota potwierdza wersję koleżanki. Drobne zakupy są robione z prywatnych funduszy (na zasadzie „ty kupisz następnym razem”), a na większe wydatki rodziny się składają.
– Pytamy sąsiadów, czy chcą partycypować w kosztach. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś odmówił – tłumaczy pani Dorota. - Na przykład co roku przygotowujemy zamówienie przed targami w Barzkowicach, to już taki nasz rytuał. Właśnie wybieram się za kilka dni.
Ogród przy ulicy Szybowcowej stanowi jedną całość, ale składa się z trzech niezależnych części, z których każda jest rozplanowana według odrębnej koncepcji osób mieszkających w danej klatce schodowej.

– Wszędzie mamy trochę inne spojrzenie i inny gust, ale nie ingerujemy sobie nawzajem w założenia – wyjaśnia pani Walendzik. - Klatki numer 61 i 62 preferują styl wiejskich ogrodów, u nas dominuje styl, który nazwałabym rustykalnym albo francuskim – kontynuuje opowieść mieszkanka numeru 63. Trzymamy kwiaty pod kontrolą, pilnujemy, żeby za bardzo się nam nie rozrosły. No i lubujemy się w hortensjach. Na rabatach widać różne odmiany tego gatunku. Stoi również ławeczka oraz stolik i dwa krzesła. Lekkie, ażurowe meble pochodzą z odzysku, wystarczyło odmalować. Właściciel domu jednorodzinnego, którego działka przylega do strefy gospodarowanej przez panie, postawił ogrodzenie z cegły rozbiórkowej, co bardzo estetycznie wygląda i idealnie wpasowuje się w koncepcję autorek pomysłu. Wyraził też zgodę na udekorowanie zewnętrznej strony muru kwiatami.
– Jak się budzi wiosna, pierwsze wyrastają krokusy, sąsiadki co roku dosadzają nowe cebulki. Potem następne w kolejności są forsycje – na Wielkanoc mamy piękną dekorację. Potem znowu jaśmin kwitnie. No i czekamy na pelargonie oraz hortensje – opowiadają panie Halina oraz Dorota. W ogródku panuje różnorodność, co roku dosadzane są nowe rośliny – teraz na przykład jeżówki. Opiekunki zielonej strefy liczą na to, że gatunek się przyjmie. Znają specyfikę terenu, mają rozeznanie, które okazy nadają się do uprawy na tym specyficznym terenie. Koszeniem zwykle zajmują się mężczyźni - mężowie pani Haliny oraz pani Lucyny, ale pani Dorota przyznaje, że też lubi kosić i ciąć krzewy. Sprzęt ogrodniczy, nawozy są trzymane w piwnicy, w pomieszczeniu dawnej pralni i każdy ma do nich dostęp. Sąsiedzi chętnie spędzają wolny czas pośród pielęgnowanych przez siebie kwiatów.
Widzę ogródek przez okno w kuchni. Wstaję rano, parzę kawę i pierwsze co robię, to sprawdzam, czy na podwórzu wszystko jest na swoim miejscu. Podczas ciepłych dni spotykamy się na ławeczce, rozmawiamy, wspominamy dawne lata. Wieczorami świecą się lampki solarne – tłumaczy pani Walendzik.
– Miło nam jest, kiedy przechodzący ludzie zatrzymują się, oglądają, chwalą, że tak ładnie wszystko utrzymane. Teraz po krótszej stronie bloku zaczęliśmy zagospodarowywać trawnik. Żywopłot sobie sadzimy pomału, jakieś drzewka – opowiada pani Halina. Teren ogródka należy do miasta, został udostępniony wspólnocie w zamian za opiekę.
Sąsiadki robią plany na kolejne sezony: chciałyby, żeby pod murem wyrósł szpaler dorodnych, kolorowych hortensji. Na razie czekają na wyniki konkursu „Cały Szczecin w kwiatach”. Po raz pierwszy biorą udział w akcji, z namowy pani Marii. Córka pani Doroty, Magdalena Drzewowska zrobiła piękne, nastrojowe zdjęcia i pomogła wysłać zgłoszenie. Mieszkańcy ulicy Szybowcowej są ciekawi, jak ich rustykalne podwórze zostanie odebrane przez Czytelników „Kuriera Szczecińskiego”.©℗
***
Honorowym patronem konkursu jest Prezydent Szczecina, a partnerami: Miasto Szczecin, Szczecińska Agencja Artystyczna, Rajski Ogród, Fabryka Zieleni i Polski Związek Działkowców Okręg w Szczecinie.
Monika KOŁACZ
