Państwo Elżbieta i Dawid Piesowiczowie tworzyli swój ogród od zera – kiedy pięć lat temu wprowadzili się do swojego domu na Warszewie, ogrodu właściwie nie było. Jak wspominają, wokół budynku znajdowało się przede wszystkim „klepisko”. Wszystko, co dziś tutaj rośnie, jest efektem ich własnej pracy.
– Wszystko robiliśmy od początku, sami, własnymi rękami. Żadnych architektów zieleni tutaj nie było. To jest taki trochę wiejski ogród – opowiada pani Elżbieta Piesowicz. – Każdy ma jakieś hobby. Moim jest ogród.
Jak podkreśla, nie jest w stanie powiedzieć, ile dokładnie gatunków kwiatów i roślin rośnie w jej ogrodzie. A jest ich sporo. Jest gęsto, kolorowo, kreatywnie. Poza roślinami, które pięknie wypełniają przydomową przestrzeń, w ogrodzie zainstalowano masę przemyślanych ozdób i elementów dekoracyjnych, które rzeczywiście nadają temu miejscu rustykalny charakter. Jest drewniany płotek z gałęzi z zawieszoną na nim ceramiką, są narzędzia rolnicze na ścianie niewielkiego pomieszczenia gospodarczego, strumyk z mostkiem, rzeźba anioła... Wszystko wygląda dokładnie tak, jak na wsi – tej sielskiej, bliskiej naturze.
Jeszcze kilka lat temu w tym miejscu kwiatów nie było. Dziś w ogrodzie państwa Piesowiczów rosną róże, hortensje, pelargonie, supertunie, malwy, słoneczniki i słoneczniczki, lilie i liliowce, maki, czosnki ozdobne, dziewanny, floksy, groszek pachnący, wilce, lawendy, hibiskus bagienny czy kleomy, których kwiaty przypominają kolorowe fajerwerki. Wiosną pojawiają się krokusy, bratki i tulipany. Tych ostatnich w ziemi może być nawet około pięciuset.
Sezon ogrodniczy zaczyna się tutaj właściwie jeszcze zimą.
– Około 15 lutego sieję pelargonie i kleomy. Później wszystko pikuję i do maja sadzonki stoją w sypialni, zanim będzie można wysadzić je do ogrodu – tłumaczy właścicielka.
Wiele roślin jednorocznych przygotowuje sama, inne pozostawia po przekwitnięciu, pozwalając im się rozsiewać. Dlatego też ogród każdego roku wygląda nieco inaczej, zmienia się, jego flora ewoluuje. Zdarza się, że lawenda rośnie między kostkami przy bramie.

– Jak coś się gdzieś wysiało i przetrwało, to znaczy, że jest mu tam dobrze i może rosnąć – śmieje się pani Piesowicz.
Małżeństwo nie planuje ogrodu według z góry przyjętego projektu, jest tutaj więcej improwizacji i kreatywnej aranżacji.
– Może jest w tym trochę chaosu, ale ja właśnie stawiam na kolory. I nie na jeden kolor, tylko na różnorodność, żeby było ładnie i przyjemnie dla oka – mówi pani Elżbieta.
Państwo Piesowiczowie uważają, że tak gęste nasadzenia mają swoją dobrą stronę, ponieważ pozostawiają mniej miejsca chwastom.
Warto dodać, że ogród żyje nie tylko dzięki kwiatom. W słoneczne dni pojawiają się owady, między innymi trzmiele. Gdy kwitnie lawenda, słychać ich bzyczenie. W trawie żerują kosy, a w oczku wodnym bardzo szybko zadomowiły się żaby.
Pani Elżbieta zgadza się z tym, że ogród wymaga pracy, ale nie traktuje tego jak obowiązku. Każdego dnia stara się spędzić w swoim ogrodzie przynajmniej godzinę.
– Biorę koszyk i wychodzę popracować. Dla mnie to przyjemność, sposób, żeby się odstresować i zrelaksować. Jak człowiek fizycznie popracuje, to też lepiej się czuje – twierdzi właścicielka ogrodu.
W podlewaniu, które wymaga czasu i pracy, pomaga mąż, pan Dawid, który – jak żartuje jego żona – początkowo był „mieszczuchem”, ale z czasem również dał się wciągnąć w ogrodniczą pasję. Robi to tradycyjną metodą, ponieważ małżeństwo nie ma automatycznego systemu nawadniania. Woda trafia najpierw do beczki, a później rośliny podlewane są konewkami.
Ogród jest dla gospodarzy czymś więcej niż hobby. To również miejsce odpoczynku od trudnej codzienności. W domu opiekują się mamą pani Elżbiety. – Przy opiece nad chorą, leżącą osobą jest ciężko. Ogród jest trochę taką odskocznią – przyznaje pani Piesowicz.
Nie każda ogrodnicza próba kończy się jednak sukcesem. Największym ograniczeniem jest tutejsza gleba. Warstwa dobrej ziemi ma zaledwie około 10–15 centymetrów, a pod nią znajduje się glina.
– Kiedy sadziliśmy pierwsze trzy róże, kilofem robiliśmy dla nich dołki – wspomina pan Dawid.
Róże przetrwały i rosną bez większych problemów, ale inne gatunki są bardziej wymagające. Na przykład lilie, które sadzi się wiosną – przy dużej ilości deszczu ich cebule potrafią gnić. Niepowodzeniem okazał się też eksperyment z bananowcem. Pani Elżbieta myślała o posadzeniu magnolii o bordowych kwiatach, ale zrezygnowała z zakupu. Ryzyko, że roślina nie przyjmie się w trudnej glebie było zbyt duże.
Bliskość Puszczy Wkrzańskiej sprawia, że przyroda czasami sama wkracza do ogrodu. Państwo Piesowiczowie wspominają, jak przez dwa lata ktoś nocami „kradł” im bratki. Początkowo podejrzewali młodzież.
– Rano wstajemy, patrzymy, a bratków nie ma. Dopiero na kamerach zobaczyliśmy, że przychodzą sarny. Szły jedna za drugą i je wyjadały – opowiadają.
Bratki zastąpiły więc aksamitki. Tych kwiatów sarny raczej nie lubią ze względu na intensywny zapach.
Położenie domu i ogrodu państwa Piesowiczów jest dużym atutem. Choć administracyjnie to wciąż Szczecin, miejski zgiełk jest daleko stąd. To cicha okolica, którą czasem odwiedzają leśne stworzenia.
– To jest Szczecin, ale jakby już nie Szczecin. Cisza, spokój. Nie trzeba nawet nigdzie wyjeżdżać. Wystarczy wyjść do ogrodu – podkreśla pan Dawid. ©℗
* * *
Honorowym patronem konkursu jest Prezydent Szczecina, a partnerami: Miasto Szczecin, Szczecińska Agencja Artystyczna, Rajski Ogród, Fabryka Zieleni i Polski Związek Działkowców Okręg w Szczecinie.
Agata JANKOWSKA
