– Urodziłem się w 1938 roku. Mam 88 lat. Jeszcze stukam do różnych drzwi. Coraz rzadziej. Sił brak. Telefonuję. Nie wszyscy odbierają. Nie chcą rozmawiać. Tak ciężko… Choćby powiedzieli, jak co załatwiać. Pismo pomogli napisać. Czasem trudno mi znaleźć słowa, pamięć zawodzi… – mówi pan Franciszek. Dzwoni do urzędów, instytucji, prosi. Dzwoni do „Kuriera”. A taki był dumny. Sam sobie radził ze wszystkim. Innym pomagał. To dawno. Kiedyś tam. Ta duma, godność. Dawno. Bo trzeba było walczyć. To ważniejsze. Dla wnuków, o wnuków. O życie.
Szczęśliwi byliśmy…
Franciszek Kluch mieszka w Dębnie od 1945 roku, kiedy to jego rodzice przybyli tu w ramach repatriacji. Skończył studia ekonomiczne w Poznaniu. Pracował w Państwowym Ośrodku Maszynowym w Dębnie. Poślubił Zosię Szajnowską. Kształciła się w Zielonej Górze. Była nauczycielką nauczania początkowego.
– Szczęśliwi byliśmy, kochaliśmy się. Dobrze nam się wiodło. Ale nie mieliśmy dzieci. A dom bez dziecka był taki… pusty. Chcieliśmy mieć pełną rodzinę, pokochać małą istotkę, chcieliśmy być kochani. Skoro nie swojemu biologicznemu dziecku, chcieliśmy dać dom maluszkowi, który go nie ma. I tak zaadoptowaliśmy naszą córkę – opowiada pan Franciszek. – Przybyła do nas z domu dziecka 3-letnia dziewczynka. Uśmiechnięta, ciekawska. Wniosła do naszego życia radość, myśleliśmy, że już niczego, zupełnie niczego nam nie brakuje. Życie było od razu bogatsze, proszę pani, gdy przyszła do domu. Była towarzyska, interesowała się sąsiadkami, szybko nawiązywała kontakty. To była taka kochana dziewczynka…
Córka
Dziewczynka podrosła, zaczęły się problemy. Wybierała inne drogi niż rodzice, którzy ją tak pokochali. Nic nie pomagało. Urodziła sześcioro dzieci. Właściwie nie miały ojców, takich prawdziwych, chętnych do opieki nad nimi.
– Córka opiekowała się dziećmi tylko na początku, wyprowadzała z wieku niemowlęcego i na tym był koniec opieki – mówi pan Franciszek. – Przeszkadzały jej, irytowały. W końcu zostawiła je i wyjechała do Niemiec, pracować w opiece senioralnej. Nie zrzekła się ich wtedy, powiedziała, że będzie mnie wspierać. Ale nie wspierała. Wybudowałem dom piękny, siedmiopokojowy, dobry był dla tych dzieci. Córka miała trzy pokoje na górze. Wszystko na nic.
Żona pana Franciszka zachorowała. Tętniak mózgu. Coś poszło nie tak podczas operacji. Zmarła. Już prawie 30 lat temu.
Pan Franciszek przegląda albumy ze zdjęciami. Oczy mu się świecą, gdy opowiada o swojej żonie, o wnukach. Wspomina, jak się sobą nawzajem opiekowały, jakie były czułe. Tęskni za nimi, bardzo je kochał, starał się zajmować. Choć było ciężko. Nie był w stanie sam zapewnić opieki sześciorgu małych dzieci. Cieszy się, że znalazły dobre domy.
– Zostali adoptowani. Dwoje przez rodzinę ze Stanów Zjednoczonych, przesyłają zdjęcia, dobrze im się wiedzie, zdobyły wykształcenie, dwoje przez polskie małżeństwa, też mam zdjęcia z ważnych uroczystości, niepełnosprawną dziewczynką zajęły się siostry zakonne na Kaszubach, a przy mnie została najstarsza wnuczka – opowiada. – Wiem, że te dzieci mnie wspominały, opowiadały, co ze mną robiły, prosiły rodziców, by im przyrządzić potrawy, które im gotował dziadek. Nowa mama jednego chłopca śmiejąc się, mówiła mi, że on „kocha dziadka i kocha jeść”.
Wśród zdjęć fotografie ślubne, z ukochaną żoną. Są i zdjęcia z proboszczem. – A tutaj ja jestem, jak witam księdza biskupa Kazimierza Majdańskiego – pokazuje pan Franciszek. – Tu córeczka jak była mała, z kwiatami. A tu wnuki. Chrzest, komunia… O, ten maluch spał sam w łóżeczku, a ten chłopczyk chciał na tapczanie ze mną, w jego nogach spałem więc przez parę tygodni, bo bał się spać niedaleko swojej matki. Musiałem go trzymać, bo biedny, gdy tylko się poruszał, przebudził, od razu szukał mnie przestraszony. Córka była nieżyczliwa dla swoich dzieci.
Życie
W życiu pana Franciszka było wiele tragicznych historii, był m.in. ofiarą przemocy, z użyciem noża. Książkę można by było napisać o tym, jak wyglądały jego dni. Trudno uwierzyć, że wszystkie te rzeczy działy się wokół niego. Ale się działy. Ta wnuczka, która została z nim, nie radziła sobie. Ze sobą, z życiem. Jej tato był znany dziadkowi, pan Franciszek starał się mu pomóc, załatwił mu pracę.
– Ale ten człowiek wybrał drogę zła. Trafił do więzienia, a po wyjściu na wolność, odebrał sobie życie. Mojej wnuczce było ciężko, pomagałem jej, starałem się, by niczego jej nie brakowało – opowiada pan Franciszek. – Teraz jest z nią lepiej, ale nie pracuje. Dostała opinię, że nie może podejmować ciężkich prac. Jest drobna, ma zakrzepicę chyba, puchną jej nogi często, nie może długo stać. Ja odejdę, proszę pani. Jak ona sobie wtedy poradzi?
Mieszka teraz z wnuczką w bloku w Dębnie. Opowiada, że pracował trzydzieści pięć lat, emeryturę ma dobrą. Ale płaci też za cudze życiowe błędy, choć sam zawsze starał się żyć jak należy. Nie umiał pomóc, jego bliscy nie otrzymali fachowej pomocy. Mało jest w Polsce prawdziwego wsparcia dla ludzi, którzy sobie nie radzą, tych słabszych, zagubionych. Rodzina nie zawsze potrafi im pomóc. Słabsi zostają więc sami ze swoimi traumami, nałogami. Bywa, że na coraz słabszych barkach zgarbionych rodziców, dziadków... To są „ludzie niepotrzebni”. Skoro już poszli złą drogą, niech znikną z systemu. Najlepiej całkiem. Stawia się na tej ich drodze znak „zakaz zawracania”. I już. To nie jest kraj dla zagubionych ludzi.
Nikt nie słucha
Dębno to nie jest mała miejscowość, tylko ładnie położone miasto. A jednak komunikacyjnie wykluczone. Wydostać się, choćby do specjalistycznego szpitala w Szczecinie, jest trudno. Brak pociągu, brak autobusów. Jeśli nie masz własnego samochodu, musisz prosić ludzi. Nie każdy potrafi. Dobrze, że po operacji w Szczecinie, nie trzeba wracać na stopa. Szpital zbiera parę takich osób, odwozi do domu.
– Ciężko jest – mówi pan Franciszek. – Człowiek w urzędach czuje się jak natręt, zbywany. A ja chciałbym, żeby wnuczka miała rentę, jakieś własne pieniądze, żeby umiała zadbać o swoje życie. Teraz mi trochę pomaga. Mam chore nerki, założoną nefrostomię, w nocy te kable czasem wypadają, trzeba mnie umyć.
Wie, że ludzi, którym jest w Polsce trudno, jest wielu. Takich, którzy całe życie pracowali, a teraz są porzuceni jak bezpańskie psy, nie tylko bez pomocy, nawet bez dobrego słowa. Nie potrafią o tę pomoc prosić. Niektórzy są całkiem bezradni. Nie odnaleźli się w świecie mediów społecznościowych. Nie są „nowocześni”. O takich nikt nie dba.
– Może dla mnie też już nie ma tu miejsca. Dobijałem się do różnych urzędów. Starałem się uzyskać jakąkolwiek podpowiedź, w jakim kierunku pójść, co przedłożyć, o co gdzie prosić. Coś czasem się udało. Obiad jeden pan dowoził. Starałem się jak mogłem, ale byłem chyba słabo uzbrojony w wiedzę... – podsumowuje pan Franciszek. – Nikt, proszę pani, moich słów nie bierze na poważnie, niektórzy wyśmiewają się ze mnie. Tak to czuję. A ja chcę tylko wiedzieć, co powinienem zrobić. Do zmartwień doszedł jeszcze fizyczny ból. Budzi mnie ten ból, jeśli pozwoli mi zasnąć. Ból nie pozwala normalnie żyć. Myślę, że powinienem iść do jakiegoś DPS-u, ulżyć sobie, innym. Tak byłoby lepiej? Jak się starać? Dziś w nocy, o drugiej osiem myślałem, że już kipnę. Tak było źle. A może już nic nie warto... mam 88 lat…, jak pani myśli, już nie warto? ©℗
Sylwia DUDEK