14 sierpnia mija dokładnie pięć lat od dnia, w którym 26-letni wówczas Sebastian Sierpiński wszedł w pole kukurydzy pod Gryfinem i po prostu rozpłynął się w powietrzu. Dziś miałby 31 lat - pewnie układałby sobie życie, pracował i planował przyszłość. Zamiast tego jest wielkie cierpienie rodziny, śledcze hipotezy, setki zweryfikowanych plotek i dramat, który od pół dekady nie daje spokoju mieszkańcom Pomorza Zachodniego. Choć kolejne ścieżki okazują się ślepymi zaułkami, w sprawie właśnie pojawił się nowy trop.
Ta historia do dziś mrozi krew w żyłach. Ciepły, sierpniowy dzień 2021 roku, Wirówek koło Gryfina. 26-letni wówczas Sebastian po ciężkim dniu pracy objeżdżał folwark wraz ze swoim szefem. Nagle - według relacji pracodawcy, który jest ostatnią osobą widzącą mężczyznę żywego - chłopak miał bez słowa wybiec z samochodu i ruszyć wprost w wysokie łany kukurydzy. W aucie pozostał jego portfel, a telefon komórkowy zamilkł na zawsze. Co najbardziej bulwersujące, szef zgłosił fakt zaginięcia swojego pracownika po trzech dniach - i to dopiero pod wyraźnym naciskiem przerażonych
...