„Najbardziej tych domów nie mogę odżałować, co tu stały po Niemcach. Piękne, murowane, z wyposażeniem. Jeszcze w latach 60. były, w lesie, jak się na Dobrą skręca... Dużo. Ludzie bali się tu mieszkać. Wszystko zostało rozszabrowane, nawet nie wiem przez kogo" - wspomnienie wnętrz, które w 1945 r. opuścili przedwojenni gospodarze jest wyraźnym leitmotivem opowieści Zofii Heblewskiej o Lubieszynie i ważnym wspomnieniem z młodych lat.
Dzieciństwo
Zosia, jako dwulatka przyjechała z mamą na Ziemie Zachodnie w 1949 r. Wcześniej mieszkały pod Poznaniem, we wsi Czapury, niedaleko Kórnika. Dziewczynka nie znała ojca, nie wie też dokładnie, czym matka, Stefania Sobolewska, zajmowała się na co dzień. „Jakoś na ten temat nigdy się nie rozmawiało", mówi. Rodzina była duża, dziadkowie mieli 11 dzieci. Życie w małej społeczności z piętnem panny z dzieckiem z pewnością nie należało do łatwych, nawet ksiądz nie chciał ochrzcić córeczki. Kiedy więc kuzynka, która wcześniej osiedliła się pod Szczecinem, zaproponowała wyjazd i pomoc organizacyjną w nowym miejscu - nawet narzeczonego
...