Wszystkie moje lata dziecięce i wczesnej młodości związane są z jedną z kamienic przy ulicy Obrońców Stalingradu (dziś Bałuki), brama domu nr 21. Mieszkałem tam z rodzicami z lewej strony oficyny, na 3 piętrze, widząc z okna trochę nieba i okno sąsiadów. Zimą siadały na parapetach wróble, ćwierkając i prosząc o okruchy chleba.
Najważniejszym zadaniem pierwszych powojennych lat było po otrzymaniu mieszkania, wyposażenie w meble. Ci lokatorzy, którzy otrzymali mieszkania z frontu, mogli się cieszyć z mebli pozostawionych przez ich dawnych właścicieli, jeśli wcześniej nie zainteresowali się nimi w tym czasie rodzimi nasi szabrownicy. Mieszkania w oficynie były zupełnie ogołocone z mebli.
Ale pomimo szabru, mebli w mieście nie brakowało. Aby wyposażyć mieszkania często sobie wzajemnie pomagano, przenosząc je z jednego mieszkania do drugiego, na prośbę lokatorów. Byli tacy, którzy potrafili wędrować po dzielnicach Szczecina, które zostały oszczędzone od nalotów alianckich i wyszukiwać meble w pustych mieszkaniach, aby dostarczyć je osobom poszukującym. Czyniono to
...