Wyobraźmy sobie, że szczeciński Amfiteatr wypełniony jest po brzegi. Ludzie wcześniej godzinami stali w kolejce po bilety na koncert swojej megagwiazdy – formatu, dajmy na to, przynajmniej jednej złotej płyty.
Jest rok 1969 – w dalekim Woodstock odbywa się festiwal muzyczny, który przejdzie do historii. A tymczasem w Europie przychodzi na świat chłopiec i dziewczynka. Jedno ma wpisane, jako miejsce urodzenia, Gredele, drugie – Amsterdam. Nie znają się osobiście i raczej przynajmniej jedno z nich nie ma pojęcia, że gdzieś na świecie istnieje miejscowość Gredele. O Amsterdamie słyszeli oboje.
Po jednej stronie megagwiazda – Candy Dulfer. Saksofon lśni, groove płynie, funk pulsuje, człowiek czuje się odrobinę bardziej światowy, nawet jeśli siedzi w szeleszczącym dresie z Biedronki.
Po drugiej – Zenek Martyniuk. Akordeon, syntezator, rytm prosty jak konstrukcja podlaskiego cepa i refren, który po trzech sekundach znają już wszyscy, łącznie z nielubianym sąsiadem zza ściany.
W pierwszym rzędzie miejscy notable, z prezydentem na czele, niektórzy nawet klaszczą w rytm. Amfiteatr faluje i kołysze się w ekstazie. Jest lato, jest muzyka, jest radość.
Jak to się dzieje, że w obu przypadkach bilety schodzą do ostatniego miejsca?
– Organizacja koncertów to loteria – mówi Ewa Siebuła, organizatorka wydarzeń. – Jazz jest bardziej uniwersalny, disco polo ma swoje naturalne środowisko. W każdym mieście znajdą się jedni i drudzy.
Salomonowa odpowiedź. Bo nie mówimy o pojedynku muzycznym. To raczej starcie dwóch filozofii życia.
Candy Dulfer to ten moment, gdy nalewasz wino do kieliszka, nawet jeśli kosztowało 19,99. Zapalasz świeczkę. Mówisz: „potrzebuję chwili dla siebie”. Słuchasz saksofonu i nagle masz wrażenie, że twoje życie to film. Może nie hollywoodzki, ale przynajmniej europejskie kino ambitne. Patrzysz w okno i myślisz o sensie istnienia. Albo o podatkach – w zależności od nastroju. Odpowiedni klimat stwarza muzyka. Przynajmniej taka jak z filmu „Windą na szafot” – z kultową ścieżką dźwiękową Milesa Davisa.
Zenek to moment, kiedy sens istnienia nie ma znaczenia, bo jest „Przez twe oczy zielone” i trzeba żyć. Tu nie ma świeczek. Jest grill, plastikowy stół, kuzyn z Radomia i wujek co ma działkę na Skarbówku i właśnie opowiada historię o tym, jak w stanie wojennym pędził bimber na bazie landrynek. I nagle wszyscy śpiewają. Nikt nie analizuje harmonii. Nikt nie zastanawia się nad konstrukcją utworu. Jest wspólnota. Jest prostota. Jest refren.
Jazz wymaga, disco polo daje, a Amfiteatr faluje. Bo jazz mówi: „usiądź, posłuchaj, zrozum”. Disco polo namawia: „chodź, zatańcz, nie filozofuj”.
W poniedziałek jesteśmy jazzem. Ambitni. Z planem na cały tydzień. No dobrze – przynajmniej do piątku, piąteczku, piątunia. Z podcastem w słuchawkach i przekonaniem, że rozwój osobisty to nie mem, tylko misja.
W piątek wieczorem jesteśmy disco polo. Prości. Radośni. Trochę kiczowaci. I bardzo prawdziwi.
Piosenki Martyniuka działają, bo niosą prostą obietnicę: będzie miłość, będzie zabawa, będzie dobrze. Bez metafory. Bez podwójnego dna. Bez saksofonowego solo trwającego siedem minut.
Z drugiej strony łatwo wzruszyć ramionami na jazz. „Trudne”, „udziwnione”, „dla snobów”. A potem przypadkiem włączyć saksofon w samochodzie nocą i poczuć, że jednak coś w środku drga. Że to nie snobizm. To wrażliwość.
Albo jesteś „ambitny”, albo „prosty”. Albo kultura wysoka, albo festyn. Albo filharmonia, albo dożynki. A przecież życie nie jest playlistą ani prostym refrenem. Życie jest jak taniec shuffle – raz leci Candy, raz Zenek.
Może więc, zamiast zastanawiać się, kto wygra w pojedynku Candy kontra Zenek, warto uznać remis? Bo saksofon i akordeon mówią o tym samym. Tylko innym językiem. Jedno robi to finezyjnie, drugie bez wstydu.
I może właśnie dlatego oba koncerty wyprzedają się do ostatniego miejsca, a Amfiteatr – niewzruszony estetycznymi sporami – po prostu faluje.
I na koniec dwie wiadomości – klasycznie: jedna dobra, a druga zła. Dobra jest taka, że Candy Dulfer wystąpi w Szczecinie 18 lipca tego roku. A teraz zła wiadomość: Król disco polo obecnie nie planuje koncertu w Szczecinie. Najbliżej nas wystąpi 13 marca w Poznaniu. Organizatorzy zapowiadają, że będzie: „Jedna scena, jeden mikrofon i repertuar, który zna cała Polska - nawet jeśli nie wszyscy chcą się do tego przyznać”. ©℗
Krzysztof ŻURAWSKI
Krzysztof Żurawski, dziennikarz i publicysta "Kuriera Szczecińskiego".