Wtorek, 20 października 2026 r. 
REKLAMA

Z Niebuszewa do Madrasu. Każdy ma swoją karmę

Data publikacji: 18 października 2026 r. 07:31
Ostatnia aktualizacja: 18 października 2026 r. 16:59
Z Niebuszewa do Madrasu. Każdy ma swoją karmę
Indyjski ślub Fot. archiwum Andrzeja ŁUSZCZEWSKIEGO  

Andrzej Łuszczewski – Szczecinianin rodem z Niebuszewa. Maturę zdawał w Indiach. Jego żoną była Miss Indii. Po powrocie do Polski działacz samorządowy. Szczecin zawdzięcza mu kultowy fast food „Mick Mac”. To, co przeżył, zawarł w autobiografii „Kot o dziewięciu ogonach”. Jego życie to praktycznie gotowy scenariusz na film będący mieszanką kina akcji i melodramatu.

REKLAMA

– Jesteś chłopakiem z Niebuszewa, który w czasach PRL zwiedził kawał świata, często zamkniętego dla innych.

– Na świat przyszedłem w roku 1958. I mimo że mama miała blisko do szpitala na Piotra Skargi, to urodziłem się w domu, w kamienicy przy ulicy Warcisława. Po mamie odziedziczyłem geny Krymskich Tatarów, a po ojcu słowiańską duszę i niebieskie oczy. Tej mieszance zawdzięczam karmiczną podróż, jaką odbywam.

– Ta podróż zaczęła się w… NRD.

– Konkretnie to w Rostocku. Mojego wówczas 28. letniego ojca oddelegowano do pracy w NRD, gdzie przez następne kilka lat pełnił funkcję przedstawiciela Polskiej Żeglugi Morskiej oraz – jako najmłodszy w historii shippingu – przewodniczącego międzyrządowego holdingu Kubalco – w jego skład wchodzili armatorzy z Polski, NRD i Kuby.

Tata mógł zabrać ze sobą rodzinę, czyli moją mamę, mnie i młodszego brata Piotrusia. Zamieszkaliśmy w typowym enerdowskim bloku przy Kurt Tucholsky Strasse 10. W naszym bloku mieszkała wielokrotna złota medalistka olimpijska w skokach do wody. Była nią sympatyczna i zawsze uśmiechnięta blondynka Ingrid Krämer. Kurt Tucholsky Strasse znajduje się zaledwie kilkaset metrów od kompleksu sportowego ze słynną halą pływacką Neptun–Schwimmhalle, w której pływaczka trenowała po przeprowadzce do Rostocku. Władze NRD często przydzielały tam mieszkania zasłużonym olimpijczykom, aby mieli blisko na treningi.

W Rostocku spędziłem pięć lat. Były to beztroskie lata dzieciństwa, przeplatane niejednym podbitym okiem i rozbitym nosem, bo wielokrotnie musiałem udowadniać niemieckim rówieśnikom, że Polak potrafi, i że to oni przegrali wojnę.
Z tamtych czasów bardzo dobrze wspominam swoją mądrą wychowawczynię, panią Rautenberg, która gdy byłem chory, przyszła mnie odwiedzić i podarowała książkę o przygodach bociana. Jej ciepłe i roześmiane oczy pamiętam po dzień dzisiejszy.
Wspominam też bardzo miło małżeństwo Reginy i Kostasa Sarafakis – najlepszych przyjaciół moich rodziców. Oboje poznali się na studiach w Warszawie. Pobrali się, zamieszkali w Rostocku, a w domu rozmawiali po polsku.

– Jak długo przebywałeś w NRD?

– Po 5 latach ojcu skończył się kontrakt i wróciliśmy do domu na Niebuszewie. Mnie i brata zapisano do szkoły nr 4 przy ul. Cyryla i Metodego. Lata spędzone w tej podstawówce wspominam jako najgorsze lata mojego dzieciństwa. Niewyobrażalne chamstwo, chuligaństwo, nieustanne bójki, upokorzenia, podbite oczy. Kontrast w porównaniu do niemieckiej szkoły był olbrzymi. Tam był spokój, a u nas wszechobecne chuligaństwo i niechlujstwo. To tam po raz pierwszy odczułem bardzo mocno wyobcowanie. Uczucie wyobcowania i eksterytorialności miało mi towarzyszyć już zawsze. Taka karma.

– Skończyłeś ósmą klasę i co dalej?

Miałem pewne plany co do dalszej edukacji, ale los zadecydował za mnie. Ojca znowu oddelegowano na placówkę. Tym razem do Indii! Mama chyba wymodliła nasz wyjazd, gdyż wyraźnie widziała, jak stajemy się z bratem, a szczególnie ja, małymi chuliganami w dzikim kraju.

– Przed Tobą rozpoczęła się długa i pełna zawiłości droga. Przeczuwałeś to?

– Czułem, że wiele się w moim życiu wydarzy. Gdy dorastamy, towarzyszą nam różnego rodzaju emocje, a przeczucia towarzyszyły mi od dzieciństwa. Pamiętam, że jeszcze w Polsce mama zabrała mnie do krawcowej. Minęliśmy jakiś dom, a ja mówię: „Mamo, to jest tutaj”. Mama stwierdziła, że przecież nigdy mnie tutaj nie było i nie mogłem tego wiedzieć. Musieliśmy się cofnąć, bo dom, który wskazałem, był tym właściwym...

– W autobiografii znalazłem zdanie, świetnie oddające klimat tego co miało nastąpić po dotarciu do Indii: Życie to zabawa. Jeden przeogromny, kolorowy plac zabaw, cyrk i wesołe miasteczko w jednym.

– Do Delhi dolecieliśmy olbrzymim Boeingiem 747 zwanym „Jumbo Jet”. Z chwilą lądowania poczułem się naprawdę wolny! Pamiętam tę nieprawdopodobną euforię na samą myśl o tym co nas tam czeka… Z Delhi przelot do Madrasu, stolicy stanu Tamilnad. To końcowy cel naszej indyjskiej wędrówki gdzie przyjdzie nam spędzić kilka następnych lat.  W Madrasie zamieszkujemy w rezydencji na George Avenue 5. Rodzice zapisują nas do katolickiej szkoły „Don Bosco”. Jej dyrektorem, był ksiądz Stanisław. Od samego początku czuliśmy się tam wyjątkowo obco i w żaden sposób nie potrafiliśmy dopasować się ani do samej szkoły, systemu edukacji, zwyczajów tam panujących, porannych apeli, modlitw, jak i dziwnie archaicznej atmosfery. Lekcje były dla nas prawdziwym koszmarem.

– Wagarowaliście?

– Tak. W pobliżu szkoły odkryliśmy starą świątynię, gdzie chodziliśmy na wagary. Jako stali bywalcy świątyni zaprzyjaźniliśmy się z jej opiekunem. To on nauczył mnie uniwersalnej prawdy, którą poznałem w wieku 15 lat i do dziś wyznaję bez zastrzeżeń. Pewnego dnia zapytałem go o to, dlaczego każda świątynia na południu Indii ma pośrodku basen z wodą, do którego prowadzą schody z czterech stron świata? W odpowiedzi usłyszałem, że „Schody są jak wszystkie religie i filozofie na ziemi. Którymikolwiek byś nie schodził, to zawsze dojdziesz do tej samej wody”.

W końcu nasze wybryki, takie jak np. palenie papierosów w szkolnej kaplicy, kilka bójek zakończonych spektakularnym zwycięstwem nad słabowitymi wegetarianami, notoryczne wagary oraz inne zdumiewające dla przyzwyczajonych do bezwzględnego posłuszeństwa uczniów nauczycieli, zaowocowały naszym dyscyplinarnym usunięciem bez możliwości powrotu.

– Jaka była następna szkoła?

– Rodzice postanowili tymczasowo kontynuować naszą edukację w domu. Zatrudnili prywatnych nauczycieli, którzy mieli przygotowywać nas do matury. To był dopiero cyrk na kółkach. Piotr i ja prześcigaliśmy się w pomysłach zniechęcania tych nieszczęśników do czegokolwiek poza chęcią jak najszybszego opuszczenia domu. Z jednym wyjątkiem – naszym ukochanym nauczycielem angielskiego, panem Fredem Pereirą.

Był to starszy dżentelmen o nienagannych manierach, filuternym spojrzeniu oraz ogromnym poczuciu humoru. Od samego początku wzbudził naszą wielką sympatię. Okazywał nam zrozumienie, ale jednocześnie cierpliwie wymagał. Wiele porad mojego ulubionego nauczyciela pamiętam do dzisiaj i po upływie wielu lat nieraz wracam myślami do jego słów. On nie tylko nas nauczył świetnie władać językiem angielskim – miał też niezwykle konstruktywny udział w naszym wychowaniu, poszerzaniu naszych horyzontów oraz ogromnej pomocy w zrozumieniu spraw tego świata.

– Co robiliście w wolnym czasie?

– W mieście działał Madras Club. Był to elitarny klub rodem z kolonialnych Indii. Czas oczekiwania na członkostwo, nawet dla przedstawicieli najznakomitszych rodzin, to przynajmniej 20 lat. Zarząd klubu uchwalił jednak wyjątek polegający na udzielaniu tzw. członkostwa tymczasowego niektórym wyższej rangi dyplomatom – lecz tylko na okres ich akredytacji w Indiach. Mój ojciec został pierwszym i jedynym Polakiem, którego przyjęto dożywotnio na członka w całej, dwustuletniej historii Madras Club.

– To niewątpliwy zaszczyt, ale też ocean możliwości!

– Zgadza się. Nasze członkostwo i lata spędzone w klubie były niezapomnianą lekcją życia. Przygody tam przeżyte oraz fakt poznania wielu ciekawych i sławnych ludzi wymagają szerszego opisu. Nasz okres dojrzewania przebiegał w niezwykle szczególnej atmosferze. Madras Club stanowił nieodłączną część naszej młodości, a nabyte tam doświadczenia ukształtowały nas na ludzi, jakimi jesteśmy – jak myślimy, odczuwamy i żyjemy.

– Poznałeś tam masę ludzi, często z pierwszych stron gazet.

– Miałem tam towarzystwo rówieśników z każdego zakątka Ziemi – od Australijczyków, Amerykanów, Szwedów, Szkotów, Anglików, Niemców, po przedstawicieli wielu innych krajów, Islandii nie wyłączając. Dawało to niepowtarzalną okazję do kształtowania kosmopolitycznych poglądów i szlifowania wirtuozerii porozumiewania się w języku, głównie angielskim, ale przede wszystkim – porozumiewania się mentalnego z potężną liczbą przeróżnych kultur, priorytetów danej nacji oraz w nieustannym poszukiwaniu wspólnego mianownika do wesołej, młodzieńczej koegzystencji. Byliśmy bardzo pojętnymi uczniami i nasza asymilacja przebiegała nadspodziewanie szybko, obfitując w zaskakujące znajomości. Zawarliśmy m.in. długoletnią przyjaźń z Fryderyką Hanowerską, królową Grecji na wygnaniu. Fryderyka, nie wiadomo dlaczego, szczególnie upodobała sobie towarzystwo moje i Piotra, prowadząc z nami wielogodzinne rozmowy ku ogromnej zawiści zakochanych w monarchii Anglików. Szczególnie pamiętam takie zdarzenie: Fryderyka odprowadziła mnie i brata do czekającego na nas samochodu i ku absolutnemu zdumieniu kierowcy sama otworzyła nam drzwi z lekkim ukłonem. Rozbawiony zapytałem, skąd ten niekonwencjonalny jak na Jej Wysokość gest? W odpowiedzi usłyszałem „Abyś mógł Andrzej kiedyś powiedzieć, że sama królowa Grecji otwierała przed tobą drzwi…”. Minęło wiele, wiele lat od tej chwili, ale nigdy nie zapomnę tego zdania oraz wyjątkowego poczucia humoru, jaki charakteryzował tę wspaniałą i mądrą kobietę.

– À propos kobiet. To tam poznałeś swoją przyszłą żonę?

– Nie. Anita Agnihotri jest siostrą mojego szkolnego kolegi. Rodzice posłali nas ponownie do szkoły. Tym razem była to mała i elitarna szkoła o wdzięcznej nazwie „Shishya”. Klasy liczyły do 10. uczniów i pomyślane były głównie dla dzieci bogatych przemysłowców oraz dla dzieci elity politycznej miasta Madras. Doskonale pamiętam nasz pierwszy dzień w szkole. Piotr i ja, pomimo różnicy wieku, umieszczeni zostaliśmy w tej samej klasie. Było nas dziewięcioro, 8. chłopaków i jedna dziewczyna o imieniu Sati. W pierwszy dzień długą przerwę rozpocząłem atawistycznym ustaleniem hierarchii na najbliższą przyszłość i na kwaśne jabłko sprałem dwóch pyskatych kolesi. Jednym z nich był mój przyszły szwagier o imieniu Rakesh. Był on młodszym o rok bratem Anity, Miss Young India. Jego śliczna siostra uczęszczała w Madrasie do prestiżowego college’u dla dziewcząt – słynnego Stella Maris. Była wówczas zaręczona z Sunny Malhanem, jedynym synem miliardera, producenta Coca–Coli w Indiach. Anita czasami zabierała brata na wspólny posiłek.
Przyjeżdżała po Rakesha służbowym „Ambasadorem” swojego ojca. Któregoś dnia miałem okazję zobaczyć jej śliczną i dumną twarz, gdy czekała na spóźnionego jak zwykle brata. Obrzuciła mnie ciekawym spojrzeniem i szybkim ruchem zasłoniła firankę tylnej szyby samochodu. Zdołałem jednak złapać jej wzrok i ten szczególny błysk czarnych jak węgiel oczu sprawił, że serce zabiło mi mocniej.

– I co było dalej?

– W skrócie to skandal za skandalem! Rozpoczęły się dni sekretnych schadzek i najrozmaitszych forteli, abyśmy tylko mogli spotykać się o każdej możliwej porze. Moja pomysłowość i odwaga Anity w końcu zostały uwieńczone draką na sto fajerek. W rezultacie „wpadki” podczas przemyślnie zaplanowanych wagarów w luksusowym kurorcie „Silver Sands”, nieopodal Madrasu, zhańbiony narzeczony Anity – ku nieskrywanej uciesze swoich nieprzyzwoicie bogatych rodziców – zerwał zaręczyny i w rezultacie kilka tygodni później poślubił niezbyt ładną, ale za to równie zamożną jedynaczkę i spadkobierczynię fortuny znanych fabrykantów. A nasze życie towarzyskie rozkwitło na nowo. Piękna i znana Anita – Miss Indii – i jej cudzoziemski chłopak budzili niemałą sensację. Zaproszeniom na różne party nie było końca. Bywaliśmy gośćmi najznakomitszych rodzin w mieście i powoli niedawny skandal przybladł na korzyść sympatii i dobrej zabawy. Przyznaję uczciwie, że to wszystko wyjątkowo pozytywnie działało na moje nastoletnie ego. Anita i ja oraz nasza historia po wsze czasy pozostała prawdziwą legendą. Miłość młodej Miss Indii i szalonego Polaka przekazywana była młodszym pokoleniom szacownej uczelni dla dziewcząt jak „niedozwolona” książka, a nasza historia doczekała się wiele lat później szczegółowego opisu w bardzo poczytnym indyjskim miesięczniku „Kumudam”, za sprawą którego w moim życiu wydarzyły się kolejne, niezwykłe przygody.

– Chyba największą przygodą był Twój Indyjski ślub z Anitą, Miss Indii?

– Ukoronowaniem naszego młodzieńczego uczucia był ślub. Mój przyszły teść Roop zażądał, aby ślub był tradycyjnie indyjski i abym mógł ożenić się z jego córką w chwale tradycji kapłanów ognia. W tym celu powinienem zmienić wiarę na hinduizm. Nie trzeba było długo mnie do tego namawiać. Ku wielkiemu zaskoczeniu i, jak sądzę, wręcz rozpaczy mojego „przebiegłego” i nie z własnej woli przyszłego teścia, zgodziłem się bez wahania. Nadano mi imię Ananda. Otrzymałem od kapłanów brahmińskich biały sznurek, który nosi się wzdłuż ciała. Symbolizuje on przynależność do wyjątkowego grona. Mam prawo przypuszczać, iż był to absolutny precedens, nie tylko w surowych prawach kasty. Jak sądzę, moja europejska osoba, prawdopodobnie jest jedyną na przestrzeni tysięcy lat, która tego zaszczytu dostąpiła.

– Z waszego związku narodził się syn Mariusz.

– Gdy spisywałem swoje losy, żyli jeszcze Mariusz – mój jedyny, ukochany syn; mój brat Piotr, moja Mama i Tata. Już odeszli. I to właśnie im zadedykowałem swój pamiętnik. Pisałem go jednym tchem, bez przygotowań. Wszystko czym jestem, w swojej ludzkiej niedoskonałości, ale i talencie oraz indywidualności, mój syn Mariusz był razy tysiąc… ©℗ 

Krzysztof Żurawski

REKLAMA
Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj
REKLAMA
REKLAMA