Kilkaset osób zgromadziło się na Placu Lotników, gdzie rozpoczął się XIII Międzynarodowy Dzień Przewodnika Miejskiego pod hasłem „Osobowości Szczecina”. Organizowane przez Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Pilotów i Przewodników wydarzenie po raz kolejny udowodniło, że historia miasta potrafi fascynować i przyciągać tłumy. W tym roku trzydziestu kwalifikowanych przewodników poprowadziło 36 grup różnorodnymi trasami, odsłaniając przed mieszkańcami i turystami znane oraz mniej oczywiste oblicza Szczecina.
Jednym z najpopularniejszych punktów programu okazało się zwiedzanie odrestaurowanego północnego skrzydła Zamku Książąt Pomorskich. Na trasę z Tomaszem Wieczorkiem przyszło ponad 200 osób, które – aby zwiedzanie mogło przebiegać sprawnie – podzielono na trzy grupy. Już na dziedzińcu było widać, że dla wielu uczestników to pierwsza okazja, by zobaczyć z bliska efekty wieloletniego remontu.
– Nie byłam tu jeszcze po remoncie, a bardzo chciałam zobaczyć, jak zamek wygląda dziś – mówiła pani Alina, która specjalnie czekała na tę wycieczkę. – Słyszałam wiele opinii, ale to, co zobaczyłam, przeszło moje wyobrażenia. Największe wrażenie zrobiła na mnie Sala Bogusława. To coś niesamowitego – nie wiedziałam, że może wyglądać tak pięknie. Te detale, światło, przestrzeń… Człowiek nagle uświadamia sobie, jak wielką historię noszą te mury. Dobrze, że mamy przewodnika, który potrafi o tym opowiedzieć z taką pasją, bo wtedy to nie są tylko ściany i sklepienia, ale żywe dzieje naszego miasta.
W zupełnie inny klimat wprowadzał uczestników pan Alfred, uczestnik trasy śladami Johannesa Quistorpa, który pojawił się na wydarzeniu w stroju stylizowanym na XIX-wiecznego dżentelmena. Cylinder, laseczka i surdut przyciągały spojrzenia przechodniów.
– No tak, trzeba się odpowiednio "pokroić", czyli założyć cylinder – to nakrycie głowy, bez którego trudno wyobrazić sobie prawdziwego dżentelmena tamtej epoki – mówił. – Laseczka była nieodzownym atrybutem. Nie każdy mógł ją nosić. To był pewien symbol – człowieka wykształconego, który zdał maturę, który znał zasady dobrego wychowania. Pod płaszczem mam surdut, czyli wyjściowy strój dzienny. Bo przecież były jeszcze stroje wieczorowe. Do tego odpowiednie spodnie i buty. To wszystko budowało wizerunek człowieka swoich czasów.
Jak podkreślał, historią interesuje się od dziecka.
– Odkąd nauczyłem się czytać, sięgałem po książki historyczne - dodał. – A kiedy sprowadziłem się do Szczecina, zafascynowały mnie dzieje Pomorza i jego mieszkańców, Idę ich śladami, zgłębiam wiedzę cały czas. To miasto ma w sobie coś, co wciąga bez reszty.
Nie wszyscy wybierali dziś zorganizowane grupy. Józef Smolański postanowił zwiedzać indywidualnie.
– Kolano trochę boli, więc idę swoim tempem – tłumaczył z uśmiechem. – Zajrzałem do informacji turystycznej, potem chcę przejść w stronę Bramy Królewskiej, dalej do filharmonii, do kościoła i na zamek. Zejdę też na Nowe Miasto. Lubię takie dni, kiedy można spokojnie pochodzić i przy okazji zebrać pieczątkę do pamiątki.
Wspominając swoje najtrudniejsze wyprawy, wrócił pamięcią do górskich wędrówek.
– Raz szedłem w Bieszczadach – piękna pogoda, słońce. Innym razem deszcz nas dopadł na granicy Ukrainy, Polski i Słowacji, było ciężko – wspomina. – A w 1982 roku wchodziłem na Śnieżkę. Śniegu było dużo, dojście trudne, ale miałem wojskowe buty z kolcami i jakoś się udało. Takie chwile zostają w człowieku.
Sporą grupę zgromadziła także autorska trasa „Zegary Szczecina”, prowadzona przez Ryszarda Zubę. Spacer rozpoczął się przy Bramie Królewskiej, a jego uczestnicy odkrywali, jak na przestrzeni wieków odmierzano czas w mieście.
– Na początku zegary nie miały tarcz – one po prostu wydzwaniały godziny – wyjaśniał przewodnik. – Chciałem pokazać najpierw dzieciom, jak różnorodnie można mierzyć czas, dlatego ta trasa powstała właśnie z myślą o najmłodszych. Mamy zegar muzealny, zegar kulkowy zbudowany przez pasjonata przez trzy lata, a na dziedzińcu zamkowym zegar, który nie tylko pokazuje godziny, ale i fazy księżyca oraz aktualną datę. Co ciekawe, wskazówka godzinowa jest tam mniejsza od minutowej – to rzadkość.
Jak przyznał, choć prowadzi tę trasę już drugi raz, za każdym razem odkrywa w niej coś nowego.
Wśród uczestników był także Edmund Gorczyca, który wybierał się na trasę poświęconą dawnemu ziemstwu pomorskiemu.
– Historia jest dla mnie najważniejsza – podkreślił. - Interesują mnie ludzie, którzy budowali to miasto – urzędnicy, przedsiębiorcy, książęta, ale też zwykli mieszkańcy. Chcę zrozumieć, jak funkcjonowało dawne PKO, jakie znaczenie miały instytucje finansowe dla rozwoju regionu. To nie są suche daty – to opowieść o ambicjach, marzeniach i odwadze. Za każdą fasadą kryją się konkretne losy. Dlatego takie spacery są bezcenne. Można stanąć przed budynkiem, który mija się codziennie, i nagle zobaczyć go zupełnie inaczej.
Tegoroczny Dzień Przewodnika tradycyjnie zakończy koncert organowy w Bazylice Archikatedralnej św. Jakuba oraz wieczorna wystawa w Muzeum Techniki i Komunikacji. Jednak już dziś w południe było jasne, że największą wartością wydarzenia są ludzie – przewodnicy i uczestnicy, którzy wspólnie tworzą żywą opowieść o mieście. Szczecin, dzięki ich pasji, na kilka godzin stał się przestrzenią spotkania z historią, która wciąż trwa. ©℗
(dg)
Realizacja filmu Piotr Sikora