Sobota, 11 lipca 2026 r. 
REKLAMA

Synku, jesteś cały we krwi. Wołyń – lepsza jest prawda, czy iluzja pojednania?

Data publikacji: 11 lipca 2026 r. 11:43
Ostatnia aktualizacja: 11 lipca 2026 r. 11:43
Synku, jesteś cały we krwi. Wołyń – lepsza jest prawda, czy iluzja pojednania?
9 lutego 2025 r., 6 rocznica odsłonięcia Pomnika Pamięci Ofiar Nacjonalistów Ukraińskich 1939-1947. Przemawia Mirosław Don. Fot. Ryszard PAKIESER  

W lipcu 2017 r. opisywaliśmy historię Mirosława Dona, mieszkańca Szczecina. Poniżej, z niewielkimi skrótami, przypominamy ją z okazji kolejnej rocznicy ukraińskiego ludobójstwa na Wołyniu.

REKLAMA

Mirosław Don nosi w sobie historię, która przeraża, ale i daje nadzieję; a więc można żyć po czymś takim, nie oszaleć i starać się wybaczyć. Mój gospodarz ujmuje w dłoń wiązkę kilkudziesięciu medali. Biegał w maratonach, by… zapomnieć. Ale tego zapomnieć się po prostu nie da. Wydarzenia określane nazwą „Rzeź wołyńska” opisane i po wielekroć „wyjaśniane”, od niedawna bardziej otwarcie, mają ciągle również wymiar „osobistych tragedii” ludzi żyjących wśród nas.

Nieistotny „przełom”?

Po publikacji artykułu na temat filmu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego otrzymałem list od urodzonego na Wołyniu Tadeusza Puszkina, który jako dziecko przeżył wydarzenia będące inspiracją dla scenariusza tego filmu, powstałego zresztą również na podstawie opowiadań innego wołyniaka – Stanisława Srokowskiego. Rzeź wołyńska pokazana w filmie Smarzowskiego – zdaniem T. Puszkina – nie oddaje skali i okrucieństwa tamtych wydarzeń. Po publikacji tych refleksji otrzymałem kolejne dwa listy od świadków z Wołynia. Jedna przesyłka była pokaźnych rozmiarów. W środku był pamiętnik z opisem wydarzeń z lat 1943-47. Niestety bez danych kontaktowych. Jak znaleźć autora w 400-tysięcznym mieście? Druga przesyłka była bardziej konkretna. Zareagował Mirosław Don, urodzony w Zastawiu w powiecie kostopolskim.

Odwiedziłem mieszkanie państwa Donów kilkakrotnie. Podobnie jak inni Wołyniacy Mirosław Don wyczulony jest na publikacje dotyczące Kresów, a szczególnie wydarzenia określane jako rzeź wołyńska. Ma sporą dokumentację, w tym przede wszystkim swoje wspomnienia i fotografie.

To przerasta wyobraźnię

Bieganie było dla niego formą ucieczki od wspomnień. Zaczął uprawiać ten sport, kiedy skończył 30 lat. Był amatorem. Brał udział w co najmniej 50 maratonach. Nie liczył swoich medali. Ma ich jednak – jak twierdzi – 18 kilogramów.

Wysiłek fizyczny na granicy ludzkiej wydolności, o czym świadczy zresztą przypadek pierwszego maratończyka, jako sportowe przeżycie ekstremalne powinien dorównywać intensywnością – sile traumatycznych wspomnień zawierających okrucieństwo, nienawiść i zło w czystej postaci, jakie ujawniło się podczas ludobójstwa na Wołyniu. Bezsenne noce, koszmarne sny, natrętne obrazy powracające we wspomnieniach, obsesyjne sceny okrucieństwa… To wszystko nie pozwalało normalnie żyć. Mirosław Don przyznaje, że kiedy biegł, jednocześnie uciekał od tych obrazów, wspomnień wywołujących cierpienie i ból.

– Próbowałem uwolnić się od wspomnień. Pomagało mi w tym bieganie – mówi mój gospodarz.

Przyznaje jednak, że był czas, szczęśliwy czas młodości, kiedy bieżące wydarzenia przesłoniły tamte mroczne wspomnienia.

Paradoksalnie jednak, im więcej czasu mija od „krwawej niedzieli”, czyli 11 lipca 1943 r., który to dzień uznawany jest za kulminację rzezi wołyńskiej, tym mocniej i częściej powraca koszmar sprzed lat. Masowy mord w Zastawiu miał jednak miejsce dwa tygodnie przed ową „kulminacją”, bo już pod koniec czerwca 1943 roku.

Apokalipsa kresowej idylli

Mirosław Don urodził się w Zastawiu na Wołyniu, w dużej kolonii w gminie Ludwipol (obecnie Sosnowo) w powiecie Kostopol. 29 czerwca 1943 roku, kiedy to nastąpił atak ukraińskich nacjonalistów na Zastawie, Mirosław miał niespełna 5 lat. Do tamtego strasznego dnia trzy wcześniejsze wojenne lata nie były spokojne, ale później wydawały się sielanką w porównaniu do tego, co stało się w jeden z ostatnich czerwcowych dni 1943 roku. Atak nastąpił w nocy.

– Gdy bandyci ukraińscy zbliżali się do naszego domu, ojciec zdążył wyskoczyć przez okno i schował się w szopie – opowiada pan Mirosław. – Słyszał rozkaz szefa bandy, by po ograbieniu domów wrzucili do środka granaty. Do mieszkania weszli oprawcy, którzy okazali się kolegami matki ze szkoły. Dowódcą morderców był niejaki K. Przystawił matce pistolet do głowy i pytał o ojca. Matka powiedziała, że ojciec poszedł do pobliskiej kolonii. Nie wierzyli jej, ale poszli się naradzić. Nie zabili nas wówczas tylko dlatego, że nie było ojca. To było odroczenie egzekucji. Ojciec był pracownikiem gminy. Chcieli poczekać aż wróci. Mordowali w pierwszej kolejności urzędników, nauczycieli i księży. Pamiętam, że dookoła naszego domu widać było łuny pożarów. Paliła się cała osada – opowiada.

Kiedy o świcie uciekali z Zastawia, widzieli w zgliszczach spalonych domów kikuty zwęglonych zwłok kobiet. Wiele śmierć zastała klęczących. Widok był porażający i utkwił w pamięci dziecka na zawsze.

– Mężczyzn najczęściej wrzucali do studni. Na podwórkach leżały ciała małych dzieci z rozbitymi główkami. Zabijali je uderzając o róg domu. Przeżyło zaledwie kilku dorosłych. Jeden z nich nazywał się bodaj Morawski. Miał rozcięte usta od ucha do ucha. Oprawcy powiedzieli mu: „Masz Polskę od morza do morza”. Innemu zaś podcięli krtań i wyciągnęli język mówiąc: „To jest polski krawat”. Ci nieszczęśnicy wkrótce zmarli. Przeżył tylko Stanisław Bronowicki. Chciano go zadźgać bagnetami. Kłuto go 14 razy. Mimo to przeżył. Zmarł dopiero w latach osiemdziesiątych w Tulcach pod Poznaniem – dodał.

Rosa o poranku

Uciekając z Zastawia dotarli do Janówki, gdzie mieszkał brat matki Mirosława Dona – Kazimierz Maligranda. Miał on duże gospodarstwo. Znaleźli tam schronienie także inni uciekinierzy z Zastawia i okolic. W swoich wspomnieniach Mirosław Don tak opisuje to, co wydarzyło się niedługo potem: „W linii prostej z Janówki do Zastawia jest około 5 km, dlatego niektórzy mężczyźni wchodzili na drzewa i obserwowali, które budynki się palą. Ojciec w pewnym momencie krzyknął: „o, teraz pali się nasz dom”. Wieczorem kobiety z dziećmi szykowały się do snu. Mężczyźni mieli stanowić wartę. Około dwudziestej trzeciej ujadające psy dawały sygnał, że dzieje się coś niepokojącego. Ktoś krzyknął, że idą banderowcy. Podniósł się lament, płacz i modlitwa. Wioska była okrążona, w ciemnościach, z małymi dziećmi nie mieliśmy szans na ucieczkę. Wujek umieścił nas w małej piwnicznej komórce, sam schował się za zasłoną. Masakry na podwórku, tego przeraźliwego płaczu, błagania o litość nigdy nie zapomnę. Bandyci ukraińscy nie używali w zasadzie broni palnej, tylko siekier, wideł, motyk i różnego innego żelastwa. Po dwóch trzech godzinach, gdy nastała cisza, ojciec z wujkiem cicho wychodzą na podwórko. Po chwili i ja dołączyłem do ojca, bo chciało mi się siusiu. Wyszedłem na boso. Czułem na stopach rosę. Ale nagle potknąłem się o coś i upadłem. Kiedy wróciłem do domu, moja matka krzyczała: „Synku, jesteś cały we krwi”. Wtedy ojciec powiedział jej: „Tam wszystko jest we krwi. Nasz syn się potknął, a wiesz o co? O ludzkie serce wyrwane wraz z wnętrznościami”. Dopiero o świcie zobaczyłem, co tam się wydarzyło. Ciała były bez głów, a z rozciętych brzuchów wylewały się jelita.

Zastanawialiśmy się, jakim cudem przeżyliśmy. Przypuszczamy, że wujek zostawił szeroko otwarte drzwi do mieszkania, a bandyci byli przekonani, że dom jest pusty, że wszyscy wyszli.

Lepiej być głodnym niż martwym

Przez sąsiednią Janówkę, a następnie Berezie trafili do Kostopola. Przepustką okazały się srebrne i złote monety carskie, tak zwane carskie piątki, które miała matka Mirosława. W Kostopolu w tamtym czasie szukały schronienia tysiące ludzi, którzy uciekali przed ukraińskimi siepaczami. Brakowało żywności, a tymczasem na polach wokół pełno było zboża i ziemniaków. Mirosław oraz jego brat Jerzy i siostra Wanda zaczynają chorować na tyfus, później zapadają na gruźlicę. Dzięki partyzantom ojcu Mirosława udało się zdobyć broń. Postanowiono wyjechać za miasto po ziemniaki. Kobiety miały kopać, mężczyźni osłaniać. Ale to była zasadzka.

– Ukraińskiego snajpera na drzewie ojciec zobaczył zbyt późno. Wycelował w niego, ale tamten szybciej wystrzelił. Kula trafiła w lufę, roztrzaskała drzewiec i trafiła ojca między oczy masakrując mu twarz. Pocisk wyjęto mu dopiero w 1948 r. w szpitalu w Poznaniu. Wcześniej jednak trafił do szpitala w Równym. Stamtąd udało się go przewieźć do Warszawy. Jako pacjent tego szpitala doczekał wybuchu powstania w sierpniu 1944 roku – opowiadał.

To, co się działo w Warszawie w czasie powstania jest też niewyobrażalne. Kilkanaście dni wraz z matką spędzili w piwnicy. Byli świadkami niekończących się nalotów, bombardowań, śmierci ludzi tuż obok. Ojcu udało się uciec ze szpitala. Odnalazł schron, w którym przebywali. Przyszedł z dwoma mężczyznami ubranymi w mundury Wehrmachtu. Okazało się, że byli to Ślązacy, którzy wraz z nim uciekli ze szpitala. Co ciekawe, to właśnie tym Ślązakom zawdzięczali życie. Kiedy weszli Niemcy wraz z jednostkami ukraińskimi SS, zaczęły się masowe mordy. „Wpadli do schronu jak szaleni, zrywając kolczyki często z uchem i obrączki razem z palcami”.

Stali już przed plutonem egzekucyjnym, kiedy nagle zmieniono decyzję. Mieszkańców schronu uratowali ci dwaj żołnierze w mundurach Wehrmachtu.

Trafili do przejściowego obozu koncentracyjnego Dulag 121 w Pruszkowie w halach zakładów naprawy wagonów kolejowych. Nie było tam sanitariatów. Spali na betonie wśród odchodów.

Nazywali nas Ukraińcami

Z ukraińskimi i rosyjskimi (tzw. własowcy) strażnikami obozu w Pruszkowie ojciec Mirosława „dogadał się” przy pomocy złotych „carskich piątek”, które przechowywała matka. Odzyskali wolność. Schronili się we wsi Wiskitki, gdzie u bogatego gospodarza wykonywali pracę parobków. Po przejściu frontu ojciec wyruszył na zachód w poszukiwaniu domu.

Wrócił po miesiącu i zabrał nas do Gaworzewa w powiecie Środa w Wielkopolsce. To był dom po Niemcach, którzy wcześniej zapewne zasiedlili gospodarstwo po Polakach. Był już kwiecień 1945 roku. Przed naszym przyjazdem miejscowi ogołocili dom ze wszystkiego. Nie było nawet klamek.

– Kiedy ojciec chciał kupić mleko dla mojej siostry, ośmiomiesięcznej Barbary, bogata sąsiadka powiedziała mu, że nie ma na sprzedaż mleka, ale jeśli ma coś z „szabru” z Warszawy, to może się wymienić. Poznaniacy z drwiną mówili o nas: „Ukraińcy pasą się na rowach jak krowy”. To bolało po tym, co przeżyliśmy – dodaje.

Okazało się jednak, że nie był to koniec niemiłych niespodzianek w „wolnej części kraju”.

W wyzwolonej ojczyźnie już nie Niemcy i Ukraińcy, tylko obywatele polscy bili i więzili mojego ojca za przynależność do partyzantki. Funkcjonariusze z Urzędu Bezpieczeństwa zrywali w naszym domu podłogi w poszukiwaniu broni, zabierali nam zboże i ziemniaki w ramach „kontyngentu”. Przez długi czas jeszcze byliśmy głodni i nierzadko zawszeni.

Wybaczyć, nie znaczy zapomnieć

Mirosław Don kilkakrotnie odwiedzał miejsca, z którymi związana jest historia jego rodziny. Był w miejscu, które kiedyś nazywało się Zastawie. Dziś to właściwie tylko miejsce na mapie, a realnie puste miejsce po wsi. Nie ma już ani Zastawia, ani Kostopola takiego jakim był kiedyś. Po dawnych polskich Kresach zostały do dziś ruiny kościołów, domy, w których mieszkają inni lokatorzy, ziemia pełna bezimiennych, często zbiorowych mogił.

Mój gospodarz powtarza, że – podobnie jak inni świadkowie rzezi wołyńskiej – konieczne jest autentyczne pojednanie między Polakami i Ukraińcami. Tego – co podkreśla – nie można zrobić obłudnymi politycznymi gestami czy parlamentarnymi deklaracjami, ale – mówiąc prawdę. Nie ukrywa jednak, że jest rozgoryczony. Tematyka kresowa, a zwłaszcza dotycząca ludobójstwa na Kresach Południowo-Wschodnich w latach 1943-1947 była przez wiele lat po okrągłym stole niemal tematem tabu. By nie urazić sąsiadów, by nie popsuć relacji politycznych, by trzecia strona – jak to określają Ukraińcy – nie skorzystała na konflikcie. Nie tędy droga – uważa nasz gospodarz. Pojednanie można zbudować jedynie na prawdzie.

Pokazuje mi wycinki z gazet. Mimo wszystko sporo pisano o jego rodzinie i o wydarzeniach na Wołyniu. Jeden z tytułów krzyczy – „Polacy nie mają mogił, UPA stawiają pomniki”. ©℗

Roman CIEPLIŃSKI

REKLAMA
Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj
REKLAMA
REKLAMA