Piątek, 13 lutego 2026 r. 
REKLAMA

Głosił prawdę, strzegł pamięci. Ksiądz Kazimierz Łukjaniuk (1949-2026)

Data publikacji: 13 lutego 2026 r. 12:35
Ostatnia aktualizacja: 13 lutego 2026 r. 15:51
Głosił prawdę, strzegł pamięci. Ksiądz Kazimierz Łukjaniuk (1949-2026)
Fot. Jarosław BZOWY  

Na stronie Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej ukazała się smutna - nie tylko dla środowiska kresowego na Pomorzu Zachodnim i parafian z Nowogardu - informacja o śmierci księdza Kazimierza Łukjaniuka, dziekana dekanatu Nowogard, kustosza Sanktuarium św. Rafała Kalinowskiego, patrona Sybiraków w Nowogardzie oraz byłego prezesa Stowarzyszenia Kresy Wschodnie Dziedzictwo i Pamięć.

REKLAMA

„Z żalem, ale i z nadzieją wypływającą z wiary w zmartwychwstanie naszego Pana Jezusa Chrystusa informujemy, że 10 lutego 2026 r., w godzinach porannych, w Nowogardzie, zaopatrzony sakramentami, zmarł Ksiądz Kanonik Kazimierz Łukjaniuk, wieloletni proboszcz Parafii pw. św. Rafała Kalinowskiego w Nowogardzie.

Ksiądz Kanonik Kazimierz Łukjaniuk urodził się 1 kwietnia 1949 r. w Kamieniu Pomorskim. Święcenia kapłańskie przyjął 9 maja 1976 r. w Szczecinie z rąk ówczesnego biskupa szczecińsko-kamieńskiego Jerzego Stroby. Posługiwał między innymi w parafii św. Michała Archanioła w Poczerninie, w parafii Narodzenia NMP w Pełczycach, w parafii św. Józefa Oblubieńca w Starej Dąbrowie, w parafii św. Józefa, a później Świętego Krzyża w Szczecinie, św. Anny w Długołęce.

Od 1992 roku związany był z parafią św. Rafała Kalinowskiego w Nowogardzie. W latach 1987 - 2003 pełnił funkcję wicedziekana w Nowogardzie, a od 2013 r. - dziekana. 15 września 2008 r.został włączony do grona kanoników Wolińskiej Kapituły Kolegiackiej.

Ksiądz kanonik Kazimierz Łukjaniuk był jednym z pomysłodawców i inicjatorów działań zmierzających do upamiętnienia ofiar ludobójstwa, którego dokonali na polskich mieszkańcach kresów wschodnich ukraińscy nacjonaliści i nierzadko miejscowa, ukraińska ludność. Po latach walki o pomnik z oporem różnych środowisk, monument w końcu odsłonięto na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie. O swoich związkach z kresami wschodnimi ksiądz Łukjaniuk tak opowiadał przed laty: "Na pytanie księdza arcybiskupa o moje pochodzenie odpowiedziałem kiedyś, że jestem Pomorzaninem z urodzenia, ale z pochodzenia tak naprawdę jestem kresowiakiem. Moja mama pochodziła z Wołynia, z parafii Dreżne, ojciec z Podlasia. O Wołyniu słyszałem dość wcześnie właśnie od mojej mamy, która przeżyła jako młoda żona i matka napad Ukraińców na jej wieś. Cudem uniknęła śmierci, wydostając się z okrążenia i niosąc swoje dwuletnie dziecko, mojego brata. Kiedy uciekała, kule świstały jej koło głowy. Modliła się wtedy o szybką śmierć, by żywi nie dostali się w ręce Ukraińców. Ale jakoś dotarła do lasu. Tamci nie mieli odwagi, by wejść do lasu. W czasie napadu zginęła jaj matka i jej najmłodszy brat."

Po śmierci zasłużonego dla kresowian prezesa Jerzego Mużyły, szefem Stowarzyszenia Kresy Wschodnie Dziedzictwo i Pamięć został ksiądz Kazimierz Łukjaniuk. Funkcję tę pełnił do 2025 roku.

Poniżej publikujemy fragment rozmowy z księdzem Łukjaniukiem, którą przeprowadziłem z nim przed dziewięcioma laty. Niestety, refleksje zawarte w niej ciągle są aktualne.

***

Uroczystości pogrzebowe odbędą się w Parafii pw. św. Rafała Kalinowskiego w Nowogardzie wg następującego porządku: 13 lutego (piątek) 
- 19:00 - Msza święte za zmarłego Kapłana i pożegnanie w Dekanacie pod przewodnictwem Biskupa Henryka Wejmana;
 czuwanie modlitewne grup parafialnych.

14 lutego (sobota):
 9:00 - czuwanie modlitewne przy trumnie zmarłego Kapłana;
 10:30 - jutrznia za zmarłych;
 11:00 - Msza święta pogrzebowa pod przewodnictwem Arcybiskupa Wiesława Śmigla;
 po Mszy świętej złożenie trumny zmarłego Kapłana na cmentarzu w Nowogardzie.

***

Do pojednania droga daleka

 

– Czy szczerość i prawda to za mało zdaniem księdza, by doszło do pojednania polsko-ukraińskiego?

– Kiedy oglądałam film „Wołyń”, pomyślałem, że to jest film o mojej mamie. Ona przeżyła niemal dokładnie to samo, co główna bohaterka. Do Łucka z Dreżnego jest około 60 km. Oboje, uciekając przeszli ten dystans pieszo, ukrywając się po lasach. We wsiach żebrali o jedzenie przede wszystkim dla dziecka. Szli miesiąc. W filmie bohaterka ucieka latem, gdy były owoce, kłosy. A moja mama uciekała 30 marca 1943 roku, kiedy jeszcze na polach leżał śnieg. Koczowali w katedrze w Łucku ponad miesiąc. Pracy nie mogła znaleźć, więc znowu żebrała. Kiedy walczyła o życie, Niemcy wyszli z propozycją wyjazdu do Niemiec na roboty. Mama zgłosiła się. Pod Berlin dojechała w bydlęcym wagonie. Mój ojciec już wcześniej był wywieziony przez Niemców do obozu koncentracyjnego niedaleko granicy francuskiej i pracował w jakiejś fabryce. Po przybyciu do Niemiec mama ściągnęła tatę do siebie i do końca wojny pracowali razem. Po wojnie przyjechali do Skolwina, gdzie tata pracował w fabryce papieru. Po wojnie największym marzeniem mojej mamy były skrzydła, dzięki którym mogłaby wrócić na kresy. Chciała odnaleźć swoją wieś i stanąć nad grobem swojej matki.

– Co jest więc potrzebne do pojednania, zdaniem księdza dziekana?

– Żeby nastąpiło pojednanie, konieczne jest, by Ukraińcy wskazali miejsca, gdzie pochowano, a prawdę mówiąc wrzucono do dołów i studni zamordowanych Polaków. Ja osobiście wiem, gdzie zostali „wrzuceni” moja babcia i mój wujek. Jestem w stałym kontakcie z IPN-em, bywam często na Ukrainie, gdzie rozmawiam i wiem, że obecnie nie ma możliwości przeprowadzenia tam badań i ekshumacji. A chciałbym ich pochować po katolicku, to jest testament mojej mamy.

– Jak wyglądają obecnie kontakty księdza dziekana ze środowiskiem ukraińskim?

– Co roku bywam na Ukrainie. Kontakty zresztą zaczęły się dużo wcześniej. Zresztą pracowałem w parafii, gdzie była społeczność ukraińska przesiedlona w ramach Akcji „Wisła”. Miałem z nimi dobre kontakty. Z czasem doszedłem do wniosku, że oni powinni być wdzięczni państwu polskiemu za Akcję „Wisła”. Na wschodzie mieszkali w beznadziejnych warunkach, w starych zapadających się chatach. Tu dostali wspaniałe zabudowania. Wymagały niewiele pracy, by doprowadzić je do dobrego stanu.

– Niektórzy krytycy Akcji „Wisła” mówią, że przesiedlono niewinnych ludzi, stosując zasadę zbiorowej odpowiedzialności…

– Wśród przesiedlonych byli także uczestnicy mordów. Znałem też osobiście tych, którzy mieli wyroki śmierci wydane przez władze polskie – oględnie mówiąc – za to, co działo się na Ukrainie w latach 1943-1947. To na pewno nie byli ludzie niewinni. Z danych, którymi dysponuję, wynika, że na kary śmierci skazano po wojnie 173 osoby, 58 usłyszało wyrok dożywocia. Wiem, że w czasie transportu zmarło co najmniej 27 osób. Spośród skazanych praktycznie wszyscy, którzy zostali w ramach Akcji „Wisła” przywiezieni na ziemie zachodnie – przeżyli. Znałem osobiście przynajmniej trzy takie osoby z niewykonanymi wyrokami. Gdyby nie zorganizowano Akcji „Wisła”, te wyroki zostałyby z pewnością wykonane.

– Napady na Polaków, na polskie wsie trwały na kresach, w tym na Wołyniu, do 1947 roku.

– Bracia mojej mamy, gdy weszli Sowieci, zostali wcieleni do Armii Czerwonej i wysłani na front wschodni. Jeden z tych wujków zginął, drugi został ranny. Kiedy go wyleczyli, wysłali na front zachodni. Zdobywał Berlin. Potem trafił do Moskwy. Kiedy wrócił na Wołyń w 1947 r., okazało się, że jako Polak musi się ukrywać. Chciał więc wrócić do Polski, ale mu nie pozwolono. Osiedlił się więc niedaleko Krymu.

Część miejsc pochówku zamordowanych na wschodzie jest jednak już znana. Jak stwierdził ostatnio szef IPN-u, przebadano jak dotąd około 5 procent tych miejsc.

– Kiedy zmieni się narracja na temat rzezi wołyńskiej na Ukrainie?

– Już teraz Ukraińcy otwarcie mówią o tym. Mówią głośno. Ale nie ma jeszcze ze strony ukraińskich władz pozwolenia na to, by mówić oficjalnie. Na razie mówi się o tym w rozmowach prywatnych.

Kilka lat temu pojechałem na cmentarz, gdzie pochowany jest mój dziadek i moja siostra. Ten cmentarz był w takim stanie, że… Przerosło mnie to. Na środku cmentarza ktoś zrobił tartak, groby były zarośnięte. Skrzyknęliśmy się – jak to się mówi – przez internet. Do parafii Dreżne należały przed wojną 22 wioski katolickie. Dzisiaj po nich prawie nie ma śladu. Zrobiliśmy zrzutkę. Uprzątnęliśmy ten cmentarz, ogrodziliśmy, wykonaliśmy pamiątkową tablicę. Na uroczystość przyjechał biskup z Łucka, 60 osób z Polski i około 500 Ukraińców. Nawiązały się nowe kontakty. Zadałem wówczas Ukraińcom pytanie: gdzie były polskie wsie? Zgłosiło się kilku Ukraińców. Wybrałem jednego, któremu najlepiej patrzyło z oczu. Pilotował, jeździliśmy po lasach, polnymi drogami. Wieś, w której mieszkała moja mama, została zrównana z ziemią, rośnie tam las. W pewnym momencie mój przewodnik zapytał: „A kogo ksiądz konkretnie szuka?”. Wymieniłem nazwisko panieńskie mamy. A ten człowiek wymienił mi wówczas jej siedmioro rodzeństwa. Wiedział też, kim był mój dziadek, a był znanym cieślą samoukiem, rzeźbiarzem. Wykonywał też instrumenty muzyczne.

Wierzę w to, że któregoś dnia polski IPN będzie miał możliwość przebadania tych wszystkich studni, w których mogą być szczątki ludzkie, i przeprowadzić ekshumacje.

– Widzi ksiądz jakieś światło w tym tunelu?

– Myślę, że to światło jest. Ukraińcy wcześniej czy później zrozumieją, że bez Polski – zginą. Będą się musieli bardziej otworzyć na Polaków. Bo tak naprawdę nie my ich potrzebujemy, ale oni – nas. Polski. ©℗

Roman CIEPLIŃSKI

REKLAMA
Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj
REKLAMA
REKLAMA