W minionym tygodniu zmarł Marian Kielec. Dzisiaj pożegnamy go na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie. Był legendą Pogoni, znakomitym napastnikiem, ale również prawym i serdecznym człowiekiem. „Kurier Szczeciński” uhonorował go przed rokiem tytułem Szczecińskiego Sportowca 80-lecia.
Wspomnieniami o Czarnej Perle z Wielgowa – taki pseudonim nosił Kielec – podzielili się z „Kurierem” Andrzej Rynkiewicz, jego kolega z boiska, a także wielokrotny reprezentant Polski, a później selekcjoner, Jacek Gmoch.
Chronił młodych jak ojciec
– Mając 17 lat pojechałem na obóz z pierwszą drużyną i tam poznałem Mariana Kielca – wspomina Rynkiewicz. – Już wcześniej był moim idolem i próbowałem naśladować jego ruchy i zagrania. Okazało się, że jest bardzo fajnym, serdecznym człowiekiem. Z wielką życzliwością podchodził do młodych piłkarzy, a już szczególnie do wychowanków. Chronił nas jak ojciec. Na zimowym obozie przed sezonem podczas gierki na śniegu jeden z nowych piłkarzy Pogoni o nazwisku Gasz, skoczył obiema nogami na moje piszczele i to cud, że nie doszło do podwójnego złamania. Marian podleciał do niego i chciał mu po prostu… walnąć. Powstrzymał go Stefan Żywotko. Za młodymi piłkarzami Marian poszedłby w ogień. Nie na darmo znakomite wejście do drużyny mieli Jurek Jatczak, Zenek Kasztelan, Leszek Wolski czy Zbyszek Czepan – dodaje.
Rynkiewicz debiutował w Pogoni w meczu towarzyskim z Dynamem Drezno i z podania Kielca strzelił gola, a wkrótce potem zagrał u jego boku w meczu ligowym z Wisłą Kraków.
– W meczu przeciwko Dynamu zwracałem się do starszego kolegi pan Marian, a przed pierwszym gwizdkiem meczu z Wisłą, Kielec uścisnął mnie serdecznie i powiedział: Jestem Marian. W ten sposób przeszliśmy na ty – mówi.
Jednym z najbardziej spektakularnych występów Kielca był mecz ligowy przeciwko Legii w Warszawie w listopadzie 1959 roku, zakończony wygraną Portowców 4:0. 17-letni wówczas napastnik dokonał wielkiego wyczynu strzelając na Łazienkowskiej 3 gole.
Przyjaźń z Gmochem
Z wielką sympatią Kielca wspomina Jacek Gmoch, obrońca Legii i reprezentacji Polski, a później jej selekcjoner. Poznali się na zgrupowaniu kadry młodzieżowej, a w 1962 roku zadebiutowali wspólnie w meczu pierwszych reprezentacji z Marokiem. W potyczkach Pogoni z Legią przyjaźń schodziła na drugi plan. Walczyli bezpośrednio przeciwko sobie, bo Gmoch był środkowym obrońcą i krył Kielca.
– W meczu w Szczecinie Marian potrącił naszego bramkarza Stasia Fołtyna, któremu pękła nerka. Nie zrobił tego celowo, ale ostro potraktował go w walce o piłkę. Pamiętam, że wracaliśmy wtedy pociągiem do Warszawy i nasz bramkarz razem z lekarzem musieli wysiąść w Stargardzie, i Stasia zabrano do szpitala – wspominał w niedawnym wywiadzie z „Kurierem” Gmoch. Po tym zdarzeniu obrońca Legii zaplanował „małą zemstę” i w meczu w Warszawie w pojedynku o górną piłkę potrącił Kielca, który upadł na krawężnik oddzielający murawę od bieżni, co najbardziej odczuł jego obojczyk.
Walczyli po męsku, ale darzyli i darzą siebie szacunkiem, mimo że jednego z nich nie ma już na świecie. Dwa dni po śmierci pana Mariana do autora tekstu zadzwonił 87-letni Jacek Gmoch.
– Proszę o złożenie wyrazów współczucia rodzinie Mariana, o ile to możliwe – usłyszałem w słuchawce.
– Zawsze będę go ciepło wspominał. Był fajnym, dowcipnym chłopakiem i pewnym siebie. Czułem, że na zgrupowaniach była pomiędzy nami pewna chemia. Na boisku w walce z rywalami był takim łobuziakiem. Pamiętam jego umięśnioną sylwetkę, był dobrze zbudowany i dlatego łatwo się przeciwko niemu nie grało. Posiadał dobrą technikę, potrafił strzelić z daleka, więc trzeba było na niego cały czas uważać. Był boiskowym cwaniakiem, ale takim powinien być dobry napastnik – mówi Gmoch.
Tylko Pogoń, ukochana Pogoń…
W sezonie 1962/63 jako pierwszy piłkarz Pogoni, Kielec został królem strzelców I-ligi (obecna Ekstraklasa) zdobywając 18 goli. Łącznie strzelił w niej 81 goli, a wliczając te z II ligi – 113. Wielokrotnie mówiło się, że gdyby przeprowadził się do Warszawy lub Zabrza, zrobiłby dużo większą karierę, szczególnie w reprezentacji.
– Miał propozycję z Legii, tym bardziej, że podlegał służbie wojskowej i wówczas było czymś normalnym, że tacy piłkarze trafiali do wojskowych klubów – mówi Gmoch. – Bardzo możliwe, że grając w Legii albo Górniku osiągnąłby więcej. Pogoń była drużyną nową, nie z centrum Polski. Bardziej oglądało się wówczas te z Warszawy, Śląska i Krakowa. Działacze którzy mieli pewne koneksje też pracowali w tych klubach – dodaje.
Marian Kielec zakończył karierę, a raczej przerwał po sezonie 1970/71.
– Nie znam dokładnie szczegółów odejścia Mariana, bo mnie już nie było w drużynie. Ale pewnym paradoksem jest to, że odszedł czy został usunięty przez trenera Eugeniusza Ksola, który wcześniej powierzył Marianowi pewne tajemnice i swój sposób patrzenia na piłkę – mówi Rynkiewicz.
Zawodnicy Pogoni, podobnie jak innych klubów w Polsce byli zatrudniani przez duże zakłady pracy, co nie jest wielką tajemnicą, skoro nie było wówczas statusu zawodowego piłkarza. Portowcy, jak sam przydomek wskazuje byli zatrudnieni przez Zarząd Portu Szczecin – Świnoujście.
Życie po karierze
Po przerwaniu kariery Kielec wybrał pracę w Polskiej Żegludze Morskiej, co wiązało się też z dobrymi zarobkami w tej branży. Wcześniej profesję marynarza wybrali inni piłkarze Pogoni: Stanisław Krasucki, Ludwik Konarski czy Jerzy Słowiński.
– Zawodnicy z innych części kraju byli w ten sposób wabieni do Pogoni – wyjaśnia Rynkiewicz. – Mieli szansę, że po zakończeniu kariery mogli mieć dobrą, opłacalną pracę. A piłkarze na Śląsku zatrudnieni na etatach górników co mieli robić, iść pracować na przodku? Marynarz za swoją przeszłość pogoniarską mógł dostać wówczas jeszcze dobre rejsy – dodaje.
Kielec dla którego Pogoń była miłością życia, chciał pomóc klubowi, gdy źle się działo. Zawiesił pracę marynarza, wznowił treningi i powrócił do drużyny w sezonie 1978/79 mając prawie 37 lat. Powrót okazał się nieudany, również z racji kontrowersyjnego ówczesnego trenera Konstantego Pawlikańca.
W 1985 roku Kielec zdecydował się na wyjazd do Kanady wraz rodziną i zamieszkał w Hamilton. Tam również osiadł jego zięć Leszek Wolski, inny znakomity piłkarz i snajper Pogoni. Nie tracił kontaktu z kolegami z drużyny. W 1994 roku razem z mieszkającym w USA Jerzym Krzystolikiem gościli Waldemara Folbrychta i Rynkiewicza, oglądając wspólnie z trybun mecze mundialu. Kilka lat temu pan Marian wrócił na stałe do Szczecina, a odwiedzając klub starał się być inspiracją dla młodego pokolenia. Rynkiewicz nie ma wątpliwości jak należy uhonorować Kielca.
– Jedną z trybun stadionu powinniśmy nazwać jego imieniem, apeluję o to. Kielec był najlepszym piłkarzem w historii Pogoni – dodaje wzruszony kolega z boiska. ©℗
Jerzy CHWAŁEK