wtorek, 10 grudnia 2019.
Strona główna > Sport > Piłka nożna. Krew na Twardowskiego

Piłka nożna. Krew na Twardowskiego

Piłka nożna. Krew na Twardowskiego
Data publikacji: 2018-11-21 20:26
Ostatnia aktualizacja: 2018-11-22 00:53
Wywietleń: 939 362600

Rozmowa z Robertem Gajdą, byłym piłkarzem, a obecnie działaczem i trenerem Błękitnych Stargard

Piłkarski snajper Robert Gajda jest ikoną Błękitnych Stargard, bo blisko 20 lat występował w ataku drużyny z ulicy Ceglanej, zaś aktualnie jest trenerem zespołu rezerw i podawany jest też jako szkoleniowiec drużyny juniorów starszych. Ponadto R. Gajda jest członkiem zarządu klubu odpowiedzialnym za transfery, a latem tego roku w II-ligowej drużynie nastąpiła istna rewolucja kadrowa. 

– Rzadko się zdarza, by piłkarz związany był tylko z jednym klubem…

– To rzeczywiście prawda, która potwierdza się także na moim przykładzie, bo choć wielu kibiców myśli może, że jestem wychowankiem Błękitnych, ale prawda jest inna. Wychowałem się w Saturnie Szadzko, a później grałem jeszcze w innych klubach, między innymi w Barzkowicach i Chociwlu, ale nie wracajmy do tych starych czasów. Do klubu z ulicy Ceglanej trafiłem w wieku 19 lat i występowałem blisko dwadzieścia sezonów, z krótkimi przerwami na występy w Unii Janikowo i Odrze Chojna. Dwadzieścia lat gry w Błękitnych sprawiło jednak, że czuję się w tym klubie praktycznie jak wychowanek i znam go od podszewki.

– Dwadzieścia lat to mnóstwo meczów, a który z nich najmocniej utkwił w pamięci?

– Było kilka takich spotkań, a szczególnie po awansie do II ligi, która była wówczas drugą w kolejności klasą rozgrywkową, czyli odpowiednikiem dzisiejszej I ligi. Prowadził nas wtedy trener Jerzy Engel junior i na inauguracyjny mecz z Ruchem Chorzów przyszło na Ceglaną 7 tysięcy kibiców. To był niepobity rekord i trudno zrozumieć, jak się pomieścili na kameralnym stadionie. Pamiętne były też spotkania z Arką Gdynia i Zagłębiem Lubin, ale wszystko przebił wyjazdowy mecz na Twardowskiego z Pogonią Szczecin przegrany 1:2 w świetle jupiterów, a widowisko oglądało 15 tysięcy kibiców. Dwa gole dla portowców strzelił, jeśli dobrze pamiętam, Bugaj, a u nas na listę strzelców wpisał się Adamski. Była też lista strat, na której przodował Sobański, gdyż stracił sporo krwi i dwa zęby. Kości trzeszczały i krew się lała, nikt nie odpuszczał. Kopaliśmy się nie tylko po nogach naprawdę strasznie. To była wojna, a nie sportowa rozgrywka. Epilog był jednak zaskakujący i byłem naprawdę zaskoczony, gdy po wielu latach dowiedziałem się, że kopaliśmy się na darmo, bo pamiętne spotkanie musieliśmy przegrać, gdyż takie były przedmeczowe ustalenia, o czym ja i wielu kolegów nie mieliśmy wtedy pojęcia. Później spotkaliśmy się jeszcze z odradzającą się Pogonią w IV lidze i na Twardowskiego przyszło kilka tysięcy kibiców, a my chyba jako jedyni pokonaliśmy w tamtym sezonie portowców w Szczecinie i to wyraźnie, bo 4:2.

– A dwumecz z Lechem Poznań w półfinale Pucharu Polski?

– To piękne, ale zarazem bolesne wspomnienie, a dodam, że wcześniej w ćwierćfinale, u siebie i w Krakowie, dwukrotnie pokonaliśmy grającą w ekstraklasie Cracovię po 2:0. Pierwszy mecz z Lechem w Stargardzie rozpoczął się od szybkiego prowadzenia gości 1:0, ale zakończył naszym zwycięstwem 3:1 i nie był to prima aprilis, choć spotkanie rozgrywaliśmy 1 kwietnia. W rewanżu po golu Wojtasiaka prowadziliśmy 1:0 i kilka tysięcy stargardzkich kibiców na poznańskim stadionie oszalało ze szczęścia, marząc o finale. I nadeszło feralne zdarzenie, po którym sędzia Paweł Gil pokazał drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną kartkę Kosakiewiczowi. Natychmiast po tym zdarzeniu nasz trener Krzysztof Kapuściński zdjął mnie z boiska, posyłając do boju obrońcę Baranowskiego, by wzmocnić defensywę. Czy należała się taka kara? Myślę, że sędzia mógł pokazać kartkę, ale nie musiał… Nie dotarły do mnie żadne wiarygodne informacje, by w tym meczu były jakieś zakulisowe sprawy. Czasem z kolegami z boiska wracamy jednak w nocnych rozmowach do poznańskiego rewanżu… Na boisku Lech odrobił straty ze Stargardu, a grając w liczebnej przewadze, w dogrywce był już górą. Nam pozostał żal po straconej szansie na grę w wielkim finale.

– Nie wiem, czy pan wie, że na pomeczowej konferencji prasowej trener Lecha Maciej Skorża powiedział, że chciałby mieć w swej drużynie Roberta Gajdę, gdyby był trochę młodszy…

– To szkoda, że nie złożył mi propozycji, gdy byłem młodszy! Żartuję oczywiście. Po pamiętnym meczu w Poznaniu odbyłem bardzo sympatyczną rozmowę z trenerem Maciejem Skorżą, który był bardzo taktowny i kulturalny. Zastanawiam się, czy byłby równie miły, gdyby Lech odpadł? Kurtuazyjną rozmowę przeprowadziłem też wtedy z prezesem PZPN-u Zbigniewem Bońkiem. Wracając do tematu transferów, dodam, że w swej karierze miałem kilka propozycji z ekstraklasy, w tym z Pogoni. Ale wolę o tym nie mówić, bo ktoś powie, po co się chwalę, jeśli nie poszedłem do ekstraklasy: mów gdzie grałeś, a nie gdzie mogłeś grać – takie jest powiedzonko w światku piłkarzy.

– Teraz na transfery patrzy pan z innej strony, już nie jako piłkarz, lecz członek zarządu Błękitnych odpowiedzialny właśnie za ten obszar działalności. Latem odeszła ze Stargardu większość przez lata grających tam piłkarzy, a przyszło na ich miejsce wielu nowych. Czy jest pan zadowolony z przeprowadzonych zakupów?

– Na początek małe sprostowanie, bo choć przyznaję, że jestem odpowiedzialny z ramienia zarządu za sprawy transferów, to jednak nie do mnie należy decydujący głos, lecz do trenerów: Adama Topolskiego i Jarosława Piskorza. Podobnie zresztą jak wcześniej wszystkie te sprawy pilotował Krzysztof Kapuściński. W Błękitnych nie ma nawet takiego stanowiska jak dyrektor sportowy i nie mnie oceniać, czy to dobrze, czy źle. Błękitni to specyficzny klub, który nie ma funduszy, jest chyba najbiedniejszy w II lidze, ale stabilny i wiarygodny, co nie byłoby możliwe bez wydatnego wsparcia miasta i miejskich spółek, bo niestety, o strategicznych biznesowych sponsorów w Stargardzie jest trudno. Nie obiecujemy bez pokrycia, jak to ma miejsce w niektórych klubach. Trenerzy swoimi kanałami docierają do zawodników i namawiają ich do przyjścia do Stargardu. Latem przybyło więc sporo piłkarzy z regionu, z Koszalina i Gorzowa oraz własna młodzież, której szkolenie jest na właściwym poziomie. Nowe nabytki są na miarę lokaty, którą obecnie zajmujemy, czyli trzy punkty nad strefą spadkową. Wielu graczy przyszło z III ligi, więc brakuje im ogrania. Nie będzie łatwo, ale powalczymy o utrzymanie!

– Mówi pan o problemach z pozyskaniem wartościowych piłkarzy. Czy nie lepiej było zatrzymać tych, którzy grali w poprzednim sezonie i gwarantowali pewną jakość?

– Kontrakty zawieramy z reguły na rok, bo nie wiemy, co będzie później, a jak wcześniej wspomniałem, chcemy być wiarygodni. Z końcem sezonu piłkarze mieli więc wolną rękę i choć podjęliśmy rozmowy, trudno było ich zatrzymać, a sprawą podstawową były warunki finansowe. Siedmiu zawodników przeszło do I ligi i jest to niejako zrozumiałe, ale w dwóch przypadkach finansowo przebiła nas III-ligowa Kotwica Kołobrzeg. Ponadto w klubie była grupa 40-latków, jak Ufnal, Pustelnik czy moja skromna osoba, więc niejako naturalną sprawą było zawieszenie butów na kołkach, więc z tych powodów zespół z poprzedniego sezonu praktycznie przestał istnieć.

– Praca w zarządzie to niejedyne pańskie zajęcie w Błękitnych.

– Jestem trenerem IV-ligowych rezerw, które są specyficznym zespołem, bo mają zaledwie kilku piłkarzy. Meczowa kadra uzupełniana jest zawodnikami II-ligowymi oraz młodzieżą z zespołu juniorów starszych prowadzonych przez byłego sędziego piłkarskiego Karola Purczyńskiego, z którym zresztą przeprowadzamy wspólne treningi. Drużyna ta osiągnęła podczas minionego weekendu duży sukces, bo wygrywając na wyjeździe z Arkonią Szczecin 2:1, zwyciężyła w Lidze Wojewódzkiej Juniorów Starszych, awansując do Ligi Makroregionalnej i wiosną grać będzie nie tylko z zespołami zachodniopomorskimi, ale także z województw: pomorskiego, wielkopolskiego oraz kujawsko-pomorskiego. Ten wynik świadczy o dobrej pracy z młodzieżą w naszym klubie i z tego jesteśmy bardzo dumni. Istotne jest, że w 30-osobowej kadrze większość zawodników jest w wieku juniora młodszego, a najlepsi z nich grają też, jak wspominałem, w IV lidze seniorów. Nie chcę przypisywać sobie czyichś zasług, więc podkreślę, że nie jestem szkoleniowcem drużyny juniorów starszych, a Karol ma do pomocy cały sztab szkoleniowy z Rafałem Karwowskim, Grzegorzem Flasem, Sławomirem Szczecińskim i Waldemarem Kasprzykiem, a dużą pomoc organizacyjną okazuje też nasz zarząd z wiceprezesem do spraw młodzieży Krystianem Domowiczem na czele.

– Dziękujemy za rozmowę. ©℗

(mij)

Komentarze

Kamil Szczecin
Świetnie. Trzymam kciuki za Błękitnych bo to jedyna dryzyna z naszego regionu która gra po za Pogonią na szczeblu centralnym. Pamiętam jak błękitni grali na zapleczu ekstraklasy. To było niesamowite, tak jak niedawne mecze w Pucharze Polski m.in z Lechem....
2018-11-21 23:53:01
Długi to czop
Dlugi to czopek
2018-11-21 21:41:41

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu
Pogoda
3
na godz. 03:00
Zobacz prognozę na trzy dni

Przez granice

Dodatek specjalny do „Kuriera Szczecińskiego”
wienbe logo Oderpartnerschaft logo
CZYTAJ WIĘCEJ

Über die Grenzen

Sonderbeilage der Zeitung „Kurier Szczeciński”
wienbe logo Oderpartnerschaft logo
LESEN SIE MEHR

Filmy

Wielka Parada Mikołajów

Nekrologi

kondolencje

Sonda

Czy obowiązek tworzenia korytarza życia i jazdy na suwak zwiększą bezpieczeństwo na drogach?

 

W Kurierze Szczecińskim
Pierwsza strona
Kup najnowsze lub archiwalne wydanie Kuriera Szczecińskiego w wersji elektronicznej.
Przejdź do eKuriera
Zamieść ogłoszenie w Kurierze Szczecińskim oraz w wersji elektronicznej.
Daj Ogłoszenie