Szczecińskie Wydawnictwo FORMA istnieje już ponad dwie dekady, a jak dotąd nie wpadło w pułapkę, która pojawia się na drodze wielu edytorów, zaczynających od literatury przez duże L, lecz z czasem - pod wpływem rynku - obniżających poziom. Nie wszystkie, oczywiście, pozycje FORMY są równie dobre, lecz spośród wielu takich właśnie, wybrać można zawsze kilka atrakcyjnych tytułów. Dziś wybór zimowych, bardzo i na różny sposób, nomen omen, foremnych nowości.
1.
Grażyna Obrąpalska (rocznik 1950) w rodzinnym Szczecinie nie mieszka od dawna, dziś dzieląc swój czas między Warszawę i Miami (USA) – ale że Szczecin mieszka w niej, dowodem kolejny tomik, zatytułowany Poprawki. Najdojrzalszy bodaj z dotychczasowych autorki, która wiele lat spędziła też w Nowym Jorku i Kostaryce, choć najbardziej poetycką przystanią na jej drodze było Stawisko Jarosława Iwaszkiewicza, gdzie była archiwistką tego wybitnego twórcy.
W wierszach Obrąpalskiej podróż jest więc czymś oczywistym, tak jak dom, zadomowienie w miejscach i... ludziach, którzy obdarzyli ją przyjaźnią. Podróże owe są jednak doświadczeniem nie tyle geograficznym, ile egzystencjalnym; Poetka wędruje w nich i przez swoje życie, po to właśnie, by wracać. Przed powrotem zaś, rzadko dosłownym, przeżywać minione. A że jest w tej postawie duży potencjał liryczny i zarazem oszczędność tonu – czytając wiersze Obrąpalskiej ma się wrażenie intymnej, osobistej relacji z tą, co je zapisała. Najprostszymi ze słów.
Wsłuchajmy się choćby w krótki poetycki wpis Granada: „Wczesny ranek. Pora niedeszczowa. / Smażalnia Fritangla el Bueno Gusto. / Na kawałku kartonu / rozłożonego na ziemi / śpi właściciel z żoną, / między nimi duży jasny pies". Czy trzeba więcej dla oddania obrazu bliskości, a i miłości pewnie?
Tak też jest w tomie Poprawki, równie skupionym na słowie i przeżytej kiedyś chwili, jak poprzednie książki autorki, ale będącym zarazem czymś w rodzaju „poprawek" dokonanych na własnej przeszłości; nie tyle stricte literackich, ile wpisanych – wszytych – w życie. Bo to poprawki jakby krawieckie właśnie, powszednie łaty, dalekie od modowych ingerencji, a polegające na zszywaniu tego, co było, z tym, co jest, w nieustanne Teraz. Poetka pisze o miłości do ludzi i zwierząt, o spotkaniach i pożegnaniach, pisze z czułą pamięcią. Tak cenną w dzisiejszych czasach, gdy pamięć bywa głównie wspólnotowa i obciążona patosem.
Najciekawszy pod tym względem fragment Poprawek to cykl Moje Niebuszewo. Opowiadający o tej szczecińskiej dzielnicy i ludziach pośród których Poetka żyła kiedyś, jak w swojej „małej ojczyźnie". Pisze prosto i szczerze, a że nie zawsze byli oni dobrzy i piękni, piękno tego wspomnienia wynika z pamięci jako takiej, z urody okruchu, którym jest ludzkie życie. Nie waham się rzec, że ów cykl to najpiękniejszy poetycki pomnik tej uważanej na ogół za niezbyt piękną dzielnicy, ale też najlepszy może poemat jaki o dzielnicach Szczecina powstał.
2.
Nawrót to nowa powieść Zbigniewa Kosiorowskiego, szczecińskiego pisarza, marynisty i dziennikarza; jej efektowna – na pograniczu... efekciarstwa – okładka (trąba powietrzna w czas morskiego szkwału) – oddaje wszakże jeden tylko z klimatów tej prozy, a może nawet lekko sobie z niego kpi. Jako że Kosiorowski, niezwykle płodny ostatnimi laty autor – w ciągu pięciu ostatnich ukazało się pięć jego obszernych, nowych książek - tym razem stworzył bowiem prozę nie tyle (nie tylko?) morską, ile szczególny melanż marynistyki (obrachunkowej!), kryminału, egzotycznej obyczajówki oraz psychologicznego autoportretu... zbiorowego, bo swojego pokolenia i żeglarskiego środowiska, lecz i własnego przecież.
Rzecz dzieje się (głównie) w Urugwaju (!), którego realia oddane są tu znakomicie, zarówno w kwestii obyczajowego detalu, jak i panoramy (zwłaszcza społeczno-politycznej), ale dotyczy przede wszystkim losów kilku przyjaciół-żeglarzy, w wieku – mówiąc oględnie – mocno zaawansowanym. Wyrwali się oni w podróż życia (planowaną jako ostatnią), ale też jako podróż śmierci (nie tylko symbolicznej) - żeglarski rejs z Polski na mityczną Wyspę Wiecznego Żeglarza; w praktyce zaś (przynajmniej tej, która wieńczy rzeczywistą wędrówkę ich jachtu) do dalekich wybrzeży Ameryki Południowej. Gotowi zmieścić w jej ramach nie tylko wszystkie swoje żeglarskie doświadczenia, ale i zamknąć nią – niby klamrą – swój los. Rzeczywistość – a może ów Ktoś, kto jest Panem ich Losu (bo i on w narracji się pojawia) – płata im jednak figla, i to na wiele sposobów.
Przede wszystkim... niebezpiecznie urealnia ich plan, ale też komplikuje drogę ku legendarnej Wyspie, wplatając w nią przygody zgoła młodzieńcze. Mamy tu wszak zagadkę kryminalną (klasyczne: kto zabił, z dodatkiem a la Agata Christie: ile tak naprawdę było trupów), wątek szpiegowsko-przemytniczy, rodzajowe widokówki z Montevideo, oraz grę z tradycją awanturniczych powieści morskich.
Kosiorowski zdaje się czerpać satysfakcję z tej układanki logiczno-gatunkowej, okraszając ją często rozważaniami na temat sensu (bezsensu?) słynnej dewizy navigare neceste est; oddając przy tym głos swoim – jakże różnym – bohaterom, w których odnaleźć można niewątpliwie rozmaite archetypy Żeglarza, choć obeznani z żeglarskim środowiskiem Szczecina (i okolic!) znajdą tu podobno literackie portrety rzeczywistych postaci, w tym osobistych, bliskich przyjaciół autora.
Czy naprawdę, nie wiem, pływam tylko żabką (i nie więcej niż 150 metrów po gładkiej toni), ale wiem, że napisał Kosiorowski książkę ciekawą na wiele sposobów (pisania i czytania). Przy okazji lektury warto się zresztą zastanowić, nie tylko nad tym, „kto zabił", ale i dlaczego tak brzmi tytuł tej powieści? Bo do czego to ma być „nawrót"? I czy tylko autor do tego czegoś swą książką „wraca", czy i nas do własnych nawrotów – na naszą własną miarę – nakłania?
3.
Gustaw Rajmus to pseudonim. Co interesujące, autora szczecińskiego (młodego, rocznik: 1987). Bo to akurat zdradza nam wydawca w okładkowej nocie. Gdybym miał jednak zgadywać, czy to pseudo autora zadomowionego już w literaturze pod innym nazwiskiem, czy literackie miano pisarza publikującego pod nim wyłącznie, skłoniłbym się ku temu drugiemu. Bo w tonie Rajmusa czuje się, iż jego główną literacką fascynacją jest właśnie świat jego nowej, drugiej w ogóle książki (debiut: Historia i inne historie, FORMA 2023) – tomu opowiadań Królestwa.
Jaki to świat? Bardzo specyficzny, choć literacko dość mocno ostatnimi czasy zaludniony. To pogranicze fantasy i filozofii, historycznej legendy i mrocznej baśni, artystycznego komiksu i egzystancjalnego religijnego moralitetu.
Rajmus swobodnie (na ogół) porusza się w czasie i przestrzeni, ale też w poetykach i gatunkach, sięgając do źródeł średniowiecznych (i pseudo-średniowiecznych) mitów, powieści rycerskiej (w duch Graala i Krzyżowców), prozy gotyckiej (zanurzonej w wiek XIX), nie gardząc współczesnymi pastiszami i miszmaszami, w których senna oniriada towarzyszy wykwitom naturalizmu, a współcześni bohaterowie – niby postaci z gier cyfrowych - bywają awatarami ludzi żyjących tu i teraz. Stąd pisanie Rajmusa: ciemne, stylowe, lecz i po groteskę sięgające, bliskie chwilami – pardon – młodzieżowych wyobrażeń na temat tego, czym jest w istocie bogactwo literatury i filozofii. Rozpoznane zanurzeniem się w głębię myśli ludzkiej na przestrzeni wieków, a zwłaszcza jej ponadczasowego Ducha.
Autor Królestw jest na szczęście nie tylko nurkiem w tym nurcie, ale i bystrym prozaikiem, który wie, co to takiego konwencja gatunkowa oraz – co ważniejsze – dystans wobec niektórych naiwności w tę konwencję wpisanych. Bywa więc nie tylko mrocznie i serio „gotycki", ale i sarkastycznie uśmiechnięty (patrz opowiednie Każdy chce rządzi światem). A proponuje nam przy tym rozmowę ważną, lecz bez zadęcia. O sprawach ponadczasowych (choć nie wiem, czy ostatecznych?), owszem, podrysowanych kreską literackiej zabawy, lecz traktowanych serio i z pasją.
Co czyni książkę – zbiór czterech klimatycznych opowieści, z których najlepszą zda się wielopoziomowa Ostoja – ciekawą na wielu poziomach. Przy czym poziom bazowy – lektura ku rozrywce – wydaje się mimo wszystko najbardziej nośny.
4.
Fragment zburzonej kolumnady na burobrązowej okładce nowego tomu Andrzeja Kopackiego to ruiny świątyni Herkulesa w sycylijskim Agriento. Surowe, białe litery tytułu Agrygent (to przyjęta w polszczyźnie forma nazwy tego miasta) dopełniają obrazu, sugerując wysoką hierarchię zawartych w tomie myśli.
Myli się jednak ten, kto tak wyglądającą książkę uzna, być może, za jakiś szkic filozoficzny czy przewodnik po antycznym świecie. Tajemnicza powaga i monumentalny ascetyzm (to wcale nie jest sprzeczność!) bijące spomiędzy doryckich kolumn kryją w sobie zresztą jeszcze jedną zagadkę – gatunkową. Tom ma bowiem w podtytule słowo rudisy, i to ujęte w nawias. Cóż ono znaczy? W historii literatury nie jest odnotowane, w historii militariów – owszem,: rudisy to drewniany miecz, atrybut gladiatora na emeryturze, uwolnionego już od obowiązków wojownika-zabójcy.
Andrzej Kopacki – ceniony poeta, związany z Warszawą i germanistyką na tamtejszym uniwersytecie, redaktor „Literatury na Świecie", znakomity tłumacz – interpretując dla siebie sens owego słowa przywołuje jego źródło – pojęcie rudamentów, czyli fundamentów, podstaw. Ale że wydaje mu się ono zbyt wyniosłe, nadaje mu formę lżejszą, podkreślając, że jego rudisy to tylko rodzaj wstępnej, surowej obróbki tego, co ma być na nich budowane.
Ale i to „gatunkowe" ujęcie – podobnie jak okładka – myli. Bo teksty te nie są surowe, ani nie obrobione, próżno też dopatrywać się w nich szkicownika, mającego stanowić wstęp do spełnień literackich. Agrygent pozostaje czymś poza gatunkowym, samoistnym. Małą prozą, miniaturą z pogranicza felietonu i rodzajowego obrazka, filozoficzno-literackiej biesiady i dysputy (w stylu greckim, platońskim), a jednocześnie zaczynem wiersza, jego źródłem (a może ujściem).
Rozwodzę się tu nad tym, czym rudisy są, choć ważniejsze, jakie są. A są propozycją wyjątkową. Niezwykle inteligentną, ale pozbawioną pretensji do autorskiego „mędrkowania" i dowodzenia odbiorcy jego – wobec autora – niższości, z której musi się on, czytelnik, dzielnie wydźwignąć by erudycji autora dorównać.
Przeciwnie, Kopacki wielokrotnie – w sposób subtelny i dowcipny, ale też autoironiczny – obniża tonację swoich rozważań (choć ich temat jest na ogół wysoki: mowa tu o rozpaczy, tworzeniu i trwałości ludzkich dzieł, roli przypadku w życiu, słowa w poezji czy o granicach sztuki) – dając nam do zrozumienia również to, że... niezrozumienie może być początkiem porozumienia. Pomiędzy słowami, poza słowami. Szczególnie warty uwagi jest tu wątek Tłumacza. Najpierw - literatury, a że Kopacki bywa nim z wielkim powodzeniem, jego osobiste doświadczenia w tej mierze są zajmujące od strony profesjonalnej, choć nie tylko literackiej. Bo jego podejście do translacji okazuje się pojemne myślowo, otwarte na „tłumaczenie" w ogóle; nam samym – przez nas samych – świata, co nas otacza. To docieranie do sedna, i celu. Ukrytego w obcym języku, ale przede wszystkim celu życia, istnienia.
Tym razem ja sam muszę okiełznać nadwyżkę wysokiego tonu, by powiedzieć, że rudisy Kopackiego – zapisane jako zbiór notatek, zamyśleń i przygód życiowych, pośród których są i tak trywialne, jak oblanie kogoś gorącym naparem z ziół, spory o znaczenie filmowych cytatów czy refrenów angielskich hitów, ale i nieodkodowany bilet na stację metra i skutki tegoż w podróży.
Wszystkie te przygody (rozmowy-przygody) wiążą kilkoro bohaterów Agrygentu – narratora, Konstantego i Esterę, czasem Mareię – w swoisty tercet i kwartet różnolatków. Upartych (gdy stoją przy swoim), empatycznych (gdy próbują się dogadać), flirtujących ze sobą (nie tylko intelektualnie), złośliwych wobec siebie, to znów spolegliwych jak przystało na partnerów. Oszczędnych w słowa, to znów gadatliwych, a ukazanych z bliska niby postaci z serialowego Docu (mimo celowo „klasycyzujących" imion), trochę karykaturalnie, bo chwytanych często na gorącym uczynku codzienności, ale prawdziwych jak fundament rzeczy, o którym mówią.
5.
Tytuł nowego tomu wierszy Bogusława Kierca – aktora, reżysera, poety – tytuł naznaczony kolokwializmem codzienności – nie ma mowy – zdaje się sugerować bezradność wobec języka poezji, a i języka w ogóle, wobec sytuacji tak ekstremalnych jak ciężka, śmiertelna choroba osób najbliższych, kochanych. I można by te wiersze czytać w ten sposób, gdyby nie niezwykłe wprost bogactwo literackie wpisanego w nie, bardzo osobistego wyznania.
Jako że te klasyczne w formie czterowiersze, tercyny i dystychy – pełne rymów i asonansów – zanurzone są w tradycji baroku (ks. Baka, ale też Morsztyn i Potocki), ale pulsują żywo i wydają się chwilami niemal dotykalne. Wiele w nich bowiem nie tylko emocji, ale i ciała – bezsilnego w chorobie, zdanego na innych, a przecież pamiętanego wciąż jako kochane, piękne. Poeta pielęgnuje poddaną jego opiece żonę, mierząc się równocześnie z uniesieniami, jakie niosła niegdyś miłość z nią fizyczna, a zarazem wzniosła, uduchowiona. Tak niezwykłych erotyków nie ma chyba w całej polskiej poezji, ale Kierc czyni z tego przekazu nie tylko kunsztowne i oryginalne perełki, lecz i wzruszający traktat o miłości najtrudniejszej, więc i najprawdziwszej.
ADL
Obraz Pixel Roots z Pixabay