Poniedziałek, 31 sierpnia 2026 r. 
REKLAMA

Malarstwo w Galerii Kierat. Światło i cała reszta

Data publikacji: 30 sierpnia 2026 r. 17:32
Ostatnia aktualizacja: 30 sierpnia 2026 r. 17:32
Malarstwo w Galerii Kierat. Światło i cała reszta
Fot. Sylwia DUDEK  

W galerii Związku Polskich Artystów Plastyków Kierat w Szczecinie od kilku dni można oglądać wystawę pt. „Światło i cała reszta”. Roman Ciepliński, autor tych malarskich prac to również dziennikarz i autor kilku książek. W galerii Kierat zaprezentował prace, w których światło, a co za tym idzie kolor, odgrywają główną rolę.

REKLAMA

Na wystawę złożyło się około dwudziestu prac artysty z ostatnich dwóch dekad. Co ciekawe, mimo tak długiego okresu, prezentacja ta jest wyjątkowo spójna i konsekwentna pod względem tematyki, formy, koloru, sposobu traktowania obrazu, kompozycji i skali emocji. Autor, spośród kilkuset swoich prac wybrał te, które – jeśli można się tak wyrazić – namalowało słońce. Nie byłoby kolorów bez światła, ale nie byłoby też malarstwa bez słońca. Można więc śmiało powiedzieć – posługując się poetycką metaforą, bliską autorowi – że to słońce jest największym malarzem świata. Obrazy tworzą się w ludzkich oczach (zwierzęta najprawdopodobniej nie widzą w kolorze, lecz monochromatycznie). Oczy współdziałają tu jednak w tym procesie twórczym – jeśli można tak powiedzieć – ze zjawiskiem fizycznym, czyli fizycznymi falami odbitego od rzeczy światła. Nawet jeśli barwy są tylko swoistą iluzją, ubocznym efektem fizykalno-organicznym, ale i psychologicznym (każdy widzi kolor na swój sposób), to jest to jedna z piękniejszych iluzji świata, w którym żyjemy.

Właśnie tę piękną, jakże czystą iluzję, chciał nam – jak się wydaje – pokazać autor. Autor, dodajmy, bezkompromisowy, który ośmielił się malować czystymi kolorami, jak Bóg przykazał, farbami i pędzlem, a czasem nawet ręką, patykiem czy kawałkiem gąbki.

Wszystkie obrazy to pejzaże. Autor dość swobodnie porusza się między umownym realizmem a pejzażem abstrakcyjnym. W dwóch pracach abstrakcja ta jest już dosłowna, jeśli to dobre określenie w przypadku kompozycji do końca nieokreślonych. Pejzaż zamyka w nakładających się na siebie kolorowych prostokątach. Największe jednak wrażenie na zwiedzających robią dwa duże (150x150 cm), rzec by można, świadomie naiwne pejzaże, namalowane intensywnymi żółcieniami, czerwieniami, cynobrami, a nawet jaskrawymi zieleniami. Wydawać by się mogło, że tak się dziś nie maluje, że malarstwo powinno być choć odrobinę akademickie, namaszczone przez profesorów, przefiltrowane przez umysł, pomysł, koncepcje i aluzje, że ma być trochę „meta-malarstwem”, jakby komentarzem do tego, co było. W tym przypadku tego jednak nie ma.

Autor ustępuje Słońcu, pozwala mu na wiele. Zamyka oczy i otwiera, tak jak podnosi się i opuszcza kotarę w teatrze. Tyle tylko, że ten teatr jest wielki, rzec by można – kosmiczny. Fotony zderzają się w powietrzu, szaleją, fale światła leją się z nieba na łąki, kępy drzew, przenikają powietrze, tworzą świetlistą mgiełkę nad niewidocznym horyzontem i wchodzą na widownię pod powiekami. Tu spotyka się astrofizyka, teoria światła i teoria widzenia. A do tego jeszcze technologia farb olejnych, świat minerałów, pigmentów, pierwiastków ciężkich. No i estetyka, w tym przypadku wielkie plany, albo wąskie kadry, harmonie i kontrasty, wariacje na temat horyzontu, gry światła i cienia, rozciąganie kolorów i kompresowanie natury, która – jak się zdaje – ma skłonności do rozpadu. Jak wszystko na tym świecie…

Niektórzy entuzjaści sztuki nowoczesnej, szczególnie ci, którzy nie lubią farb i pędzli, a wybierają obraz „ikoniczny”, np. cyfrowy lub performatywny – mogą być rozczarowani. No nie, bezczelnie słoneczne obrazy… Tego już oni nie zniosą. ©℗

(pk)

REKLAMA
Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj
REKLAMA
REKLAMA