wtorek, 20 lutego 2018.
Strona główna > Sport > Piłka nożna. Patryk Lipski, czyli chłopak z Salosu

Piłka nożna. Patryk Lipski, czyli chłopak z Salosu

Piłka nożna. Patryk Lipski, czyli chłopak z Salosu
Data publikacji: 2016-04-14 11:37
Ostatnia aktualizacja: 2016-04-15 13:28
Wywietleń: 1384 128085

Rozmowa z Patrykiem Lipskim - piłkarzem Ruchu Chorzów

W piątek piłkarze Pogoni Szczecin podejmują w pierwszym meczu fazy mistrzowskiej drużynę Ruchu Chorzów. Jeszcze w poniedziałek wydawało się, że przeciwnikiem będzie Podbeskidzie Bielsko - Biała, ale wycofanie skargi Lechii Gdańsk do Trybunału Arbitrażowego przy PKOl spowodowało, że po zakończeniu sezonu zasadniczego to Ruch znalazł się w grupie mistrzowskiej.

- Te dwa dni między ostatnią kolejką sezonu zasadniczego, a ostateczną decyzją promującą waszą drużynę były rzeczywiście aż tak mocno nerwowe ? - pytamy Patryka Lipskiego, czołowego piłkarza Ruchu, ale wychowanka Salosu Szczecin.

- Na pewno nie był to łatwy okres. W krótkim odstępie czasu mocno skomplikowaliśmy sobie sytuację w tabeli i o mało nie wypadliśmy spoza pierwszej ósemki. Wiadomo, że po podziale punktów możemy walczyć o czołowe lokaty, a w grupie spadkowej gralibyśmy o utrzymanie]. Stawka jest duża, zatem trudno dziwić się nerwowej atmosferze. To już jednak za nami i skupiamy się teraz tylko na meczu z Pogonią.

- Pan z przyjazdu do Szczecina cieszy się chyba szczególnie i to nie tylko z tego powodu, że się w tym mieście urodził i wychował ?

- Po raz pierwszy przyjechałem grać na tym stadionie przed miesiącem. Wygraliśmy 3:2, a ja strzeliłem dwa gole. Nie mogło być zatem lepiej. Wiele razy wyobrażałem sobie, jak może wyglądać mój pierwszy mecz na tym stadionie, przed szczecińską publicznością. Nigdy jednak nie przypuszczałbym, że w meczu będzie tak wiele dramaturgii i zwrotów akcji.

- To było wasze ostatnie zwycięstwo. Później w czterech meczach zdobyliście zaledwie punkt. Kryzys ?

- Nie sądzę. Graliśmy z naprawdę mocnymi rywalami, mieliśmy trochę kłopotów personalnych, a czasami po prostu zabrakło odrobiny szczęścia.

- No właśnie, w meczu z Wisłą nie wykorzystał pan rzutu karnego. Gdyby pan trafił, to całego zamieszania po ostatniej kolejce nie byłoby.

- To prawda, czułem się źle z myślą, że nie wykorzystałem rzutu karnego w tak ważnym momencie, ale nie trwało to długo. Szybko doszedłem do siebie i skupiałem się na kolejnym spotkaniu, czyli meczu z Lechią. Nikt w drużynie nie dał mi odczuć, że coś zawaliłem, wręcz przeciwnie ciągle mogłem liczyć na zaufanie.

- Czy w meczu z Lechią wciąż był pan wyznaczony do wykonywania rzutu karnego ?

- Przed każdym meczem decyduje o tym trener, w meczu z Lechią nie było rzutu karnego, więc na razie to, kto jest wyznaczony do karnego pozostanie w drużynie.

- Dlaczego trafił pan do Ruchu, a nie do Pogoni ?

- To było w przerwie zimowej sezonu 2011/12. Pogoń też się o mnie pytała, ale Ruch wydawał się klubem, któremu zależy na tym bardziej. Dużą rolę odegrał trener Pietrzak. Ogromne znaczenie miał również fakt, że Ruch grał wtedy w ekstraklasie, a Pogoń w I lidze. Mogłem występować w drużynie Młodej Ekstraklasy, a w Pogoni tylko w rozgrywkach juniorskich. Grałbym zatem na tym samym szczeblu i w tej samej lidze, ale w innej drużynie. Oceniłem, że to nie będzie dla mnie postęp i zdecydowałem się na Chorzów.

- To bardzo daleko od Szczecina, a pan nie był nawet pełnoletni. Rodzice nie odradzali tak dalekiej przeprowadzki ?

- Na pewno nie byli do końca zadowoleni, że wyjeżdżam tak daleko, ale ostateczną decyzję podjąłem sam. Dylematów było sporo, byłem w połowie drugiej klasy liceum, musiałem zatem zmienić szkołę. Z domu przeprowadziłem się do wynajętego przez klub mieszkania, w którym mieszkało razem ze mną czterech młodych piłkarzy. Moje życie mocno się zmieniło, ale opłaciło się.

- Grając w Salosie rywalizował pan z Pogonią, ale również z Chemikiem. To były jeszcze czasy, kiedy Pogoń nie dominowała w piłce młodzieżowej nawet w regionie.

- Rywalizacja rzeczywiście była spora. Pamiętam, że w rywalizacji juniorów młodszych w sezonie 2010/11 do końca konkurowaliśmy o wygranie rozgrywek z Chemikiem Police. Na koniec mieliśmy po tyle samo punktów i przegraliśmy ze względu na gorszy bilans bezpośrednich meczów. W ostatnim decydującym spotkaniu przegraliśmy aż 0:3 i ten mecz zadecydował, że Chemik wygrał z nami rywalizację.

- Chemik później został mistrzem Polski juniorów młodszych.

- Pamiętam i życzyłem mu jak najlepiej. Czuliśmy się wtedy mocni i zdawaliśmy sobie sprawę, że przy odrobinie szczęścia to my mogliśmy być na miejscu Chemika, zdobywając złoty medal. Z jednej strony był żal, że zabrakło bardzo niewiele, a z drugiej satysfakcja, że minimalnie przegraliśmy z późniejszymi mistrzami Polski.

- Salos miał wtedy całkiem mocny zespół.

- Był na tyle mocny, że ja nawet się nie łapałem do jedenastki. Podobnie, jak Hubert Matynia, a teraz obaj gramy w reprezentacji młodzieżowej. We wspomnianym spotkaniu z Chemikiem wszedłem na boisko zaledwie na minutę. Miałem wtedy 17 lat i mocno odstawałem fizycznie od rówieśników. W naszej drużynie byli wtedy między innymi: Pogorzelczyk, Fijałkowski, Murawski, Rudol, czy Porzeziński. Wszyscy później trafili do Pogoni i rok później świętowali zdobycie brązowego medalu mistrzostw Polski juniorów. Był też Konrad Korczyński, który razem ze mną trafił do Ruchu, jest obecnie w kadrze pierwszego zespołu i oczekuje na debiut w ekstraklasie.

- Młodsi o rok gracze Salosu: Rudol i Matynia już poza Szczecin nie wyjechali.

- Spotykamy się teraz na zgrupowaniach reprezentacji Polski i stanowimy całkiem mocną grupę byłych piłkarzy Salosu. Powołanie swego czasu otrzymał też Murawski, ale przeszkodziła mu kontuzja. Pozostawiłem w Szczecinie wielu kolegów, nie tylko tych, z którymi spotkałem się w Salosie. Mam też dobre relacje z rok starszym Zwolińskim.

- Zanim trafił pan do Ruchu, to był wiernym kibicem Pogoni ?

- Po raz pierwszy trafiłem na mecz Pogoni chyba jak miałem 7 lat. To była wtedy era Sabri Bekdasa. Słabo to pamiętam. Jednym z moich pierwszych idoli był Bartosz Ława. Tak jak ja, to też był chłopak ze Szczecina i radził sobie w wielkiej drużynie stworzonej przez Sabri Bekdasa. Imponowało mi to. Nieco później podziwiałem Sergio Batatę. Jego uwielbiali wszyscy. Wtedy już na mecze chodziłem z kolegami z Salosu, potem byłem pod wrażeniem gry Olgierda Moskalewicza, Ediego Andradiny. Zawsze podziwiałem piłkarzy mocno związanych z klubem, mających istotny wpływ na grę całego zespołu.

- Kibicuje pan wciąż Pogoni ?

- Cały czas. Oczywiście w piątkowy wieczór nie będzie sentymentów. To jest sport, a ja gram dla Ruchu. W każdej innej sytuacji jestem jednak za Pogonią. Na bieżąco śledzę, co się dzieje w klubie i życzę mu jak najlepiej.

- Dziękuję za rozmowę. ©℗ Wojciech Parada

Komentarze

kibic
te prawdziwy rodowiry szczecinianinie. Jeśli Adama Frączczaka nazywasz Adamem to lepiej o Pogoni się nie wypowiadaj znaFco futbolu :)
2016-04-15 12:32:05
prawdziwy rodowiry szczecinianin
czy to ten rodowity szczecinianin, który po strzeleniu gola Pogoni w ostatnim meczu poleciał z uśmiechem na ustach pod sektor kibiców Ruchu i cieszył się jak dziecko, a do strzelania karnego sam się rwał? Za takich szczecinian mi wstyd! W ten sposób na pewno nie zachowałby się Sebastian Rudol ani Łukasz Frączczak (chociaż Łukasz pochodzi z Kołobrzegu).
2016-04-15 08:05:08

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu
Pogoda
3
na godz. 15:00
Zobacz prognozę na trzy dni

Przez granice

Dodatek specjalny do „Kuriera Szczecińskiego”
Przez granice
CZYTAJ WIĘCEJ

Über die Grenzen

Sonderbeilage der Zeitung „Kurier Szczeciński”
Uber die grenzen
LESEN SIE MEHR

Filmy

Jak żyło się w powojennym Szczecinie
Morsy na kąpielisku Głębokie
Dawny Szczecin
Poprzedni Następny

Nekrologi

W Kurierze Szczecińskim
Kup najnowsze lub archiwalne wydanie Kuriera Szczecińskiego w wersji elektronicznej.
Przejdź do sklepu
Zamieść ogłoszenie w Kurierze Szczecińskim oraz w wersji elektronicznej.
Daj Ogłoszenie
Cyfrowy