poniedziałek, 25 września 2017.
Strona główna > Alfabet > (Z) biletem w dłoni, czyli bolączki emigranta

(Z) biletem w dłoni, czyli bolączki emigranta

(Z) biletem w dłoni, czyli bolączki emigranta
Data publikacji: 2016-02-09 11:52
Ostatnia aktualizacja: 2016-02-09 11:50
Wywietleń: 567 117315

Dzień w dzień zadajemy sobie pytanie czy nie spakować walizy i nie wrócić. Potem jednak przychodzi refleksyjne: do czego. Następnie: że przecież rodzina, przyjaciele, życie przeszłe, kot, książki. I myśl, że jak oni tam to i ja… A po kilku minutach wielkie otrzeźwienie, że funty się szybko rozejdą, zostanie kanapa u mamusi i widmo pracy za naprawdę maleńkie pieniądze (o ile w ogóle!). I serce rozdarte, i tęskno. W portfelu milionów nie ma, kolejny rok stoisz przy garach w restauracyjnej kuchni, a przyjaciele z Polski powoli zapominają jak wyglądasz. Emigracja czasem doskwiera. Trzy razy „P”: praca, pieniądze, przyjaźnie bez koloryzacji.

Praca (nie) dla każdego
W Wielkiej Brytanii nie jest łatwo o (dobrą) pracę. Jeśli nie jesteś pielęgniarką, stomatologiem, informatykiem lądujesz w fabryce, hotelu, restauracji i kolejny raz plujesz sobie w brodę po co u licha pchałeś się na historię, filologię polską, socjologię. Wydawałoby się, że w kraju niewykształconych ignorantów, w którym większość kończy edukację na poziomie gimnazjum i ledwo umie czytać i liczyć do dziesięciu, z otwartymi ramionami przyjmą magistrów i inżynierów. Nic bardziej mylnego! Przyjmą Polaków do pracy – owszem, ale jakiej? Fizycznej. Bo pracujemy szybciej i wydajniej, bo nie chorujemy non stop, bo bierzemy dziwne zmiany i nadgodziny, bo jesteśmy niezawodni, punktualni. Przy taśmie produkcyjnej, za ladą w sklepie, w recepcji. Jeśli ktoś chce wyżej, bardziej, lepiej – musi się natrudzić. Ofert pracy nie brakuje! Kiedy jednak wczytujesz się w kolejne i już, już wydaje ci się, że masz to czego szukają (bo i magistry, i języki obce, i doświadczenie nawet spore) na końcu widnieje okrutne: perfekcyjny brytyjski akcent. I schodzi z ciebie powietrze. Nawet za milion lat brytyjskiego akcentu mieć nie będziesz, bo czort wie jak on brzmi. Bełkoczący Angole sami z sobą się nie potrafią dogadać, ale obcokrajowca eliminują z miejsca. W białych rękawiczkach. Trzeba więc siły woli i pracodawcy z otwartą głową, który w twoim cv zobaczy coś więcej niż obco brzmiące nazwisko. Do tego czasu zasuwaj emigrancie do restauracji na zmywak.

Pieniążki kochane…
Po prawie dwóch latach życia w Wielkiej Brytanii wiedzieć powinna, że o pieniądzach sza! Czas jednak rozwiać wszelkie mity i powiedzieć co też emigrant ma w portfelu. Otóż ma mamonę wielką jeśli… zamieni funty na złotówki. Minimalna pensja w Wielkiej Brytanii to około 6,60 funtów za godzinę (łatwo policzyć, że będzie to 30 złotych). Nic dziwnego, że krewni przy świątecznym stole zarzucają cie pytaniami o ogromne oszczędności, które już zapewne poczyniłaś/łeś i patrzą z niedowierzaniem, kiedy opowiadasz, że po opłaceniu rachunków niewiele zostaje. Masz więc opinię sknery, co wyjechała za granicę, dorobiła się i a teraz udaje „bidoka”, bo nie chce się podzielić. Panie i panowie prawda jest taka, że przeciętnie Polak na emigracji zarabia około dziewięćset funtów – jest to minimalna pensja za cały etat. Najczęściej stać go przy tym na wynajęcie pokoju – od 300 do 500 funtów miesięcznie, opłaca telefon, jedzenie i wszystko co do życia niezbędne, i po wypłacie. Oczywiście jeśli pomyślimy, że „wyciąga” miesięcznie ponad pięć tysięcy złotych i to w zawodzie kelnerki lub sprzedawcy w sklepie to jest „panisko”. Oj nie, to jest ten „bidok”, bo za dach nad głową musi zapłacić połowę z tego. Łatwiej kiedy jest się we dwoje. Kupno domu, samochodu, wakacje są realne i osiągalne, bez wielkich oszczędności. Minimalna pensja w Wielkiej Brytanii pozawala Polakom spokojnie żyć: gdzieś pojechać, wyjść kilka razy w miesiącu całą rodziną do restauracji, spędzić wieczory w pubie, kinie, kupić sobie drogi ciuch czy oryginalne perfumy. Zwyczajnie żyć! Minimalna pensja w Polsce (byłam – zarabiałam) wegetować. Ale milionerami nie jesteśmy! Cieszy jednak fakt, że nawet najmniejsza pensja krajowa w Wielkiej Brytania wystarcza właściwie na wszystko. Choć niewiele z niej zostaje.

Przyjaciel potrzebny od zaraz!
Niestety odległość powoduje, że nawet przyjaźnie i znajomości wystawione są na próbę. Owszem można przez Internet, ale najzwyczajniej w świecie ciężko jest opowiedzieć na czacie co słychać. Trudno opowiadać o ludziach, miejscach, których druga strona nie miała okazji poznać. Anegdoty i historyjki z życia codziennego nie będą bawić kogoś kto za wodą, a i często ekran monitora jest blokadą nie dającą nam szansy otworzyć się przed przyjacielem. Brakuje wspólnych wieczorów przy kieliszku wina, grze planszowej, wypadów do kina czy teatru. Wiem, wiem – można próbować pogadać na osławionym „skajpaju”, bo i głos słychać i na kamerce widać. Ale łącza płatają figle, mikrofon nie działa, a obraz się zawiesza prezentując nasze lico w nie najładniejszym wykrzywieniu. Można spróbować pisać list, maile, dzwonić… ale to wszystko nie zastąpi wypadu na Deptak, leniwego wieczoru ze wspólnym gotowaniem, wielogodzinnych dyskusji o wszystkim i o niczym. Oczywiście można też spróbować zaprzyjaźnić się z Anglikami. Trzeba jednak pamiętać, że mentalnie nam do siebie okropnie daleko. Anglik nie zaprosi cię do domu, nie przyniesie kwiatka na parapetówkę, jeśli chcesz się z nim umówić musisz to zrobić z wielkim wyprzedzeniem, żeby mógł cię wpisać w swój diary (nie, nie to nie pamiętnik, to zazwyczaj internetowy dziennik, w którym Brytyjczycy zapisują najdrobniejsze spotkania nawet z rocznym wyprzedzeniem!). Musisz też uważać o czym mówisz, bo lista „czego mówić nie wypada nawet przyjacielowi swemu” jest tutaj bardzo długa. Najczęściej Anglik staje się twoim kumplem, z którym odgrywasz codzienne pitu pitu i small talk, wpadasz do pubu na kilka piw i jakiegoś burgera. Jeśli chcesz z kimś pogadać od serca – wisisz na tym nieszczęsnym „skajpaju” na przekór powolnemu Internetowi, godzinami przeglądasz facebooka i ze zdziwieniem odkrywasz, że twoi przyjaciele albo się pożenili, albo się rozmnożyli, albo dawno już nie są parą, choć kiedy widziałaś/łeś ich ostatni raz rok temu tak strasznie się kochali… I widzisz biedaku ile tracisz, pakujesz walizkę i fru do Polski, by zobaczyć kochane gęby i naładować akumulatory na kolejne kilka miesięcy.
Z biletem w dłoni. Powrotnym.©℗
Joanna Flis

Fot. Dariusz Gorajski

 

 

 

 

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu

Filmy

Elektryczny autobus w zajezdni
Wielkie latawce na niebie
Korki na Sczanieckiej
Poprzedni Następny

Nekrologi