poniedziałek, 19 lutego 2018.
Strona główna > Sport > Piłka nożna. Wspomnienia z Mielca

Piłka nożna. Wspomnienia z Mielca

Piłka nożna. Wspomnienia z Mielca
Data publikacji: 2015-09-18 10:44
Ostatnia aktualizacja: 2015-09-18 23:29
Wywietleń: 1840 21478

Pogoń w sobotę gra w Mielcu z Termaliką Nieciecza (początek, g. 15.30). To pierwsza konfrontacja Pogoni z Termaliką na szczeblu ekstraklasy. Ze Stalą Mielec szczecinianie natomiast rywalizowali wiele razy. Przeważnie z marnym skutkiem. W sobotę zagrają w kultowym dla polskiej piłki nożnej miejscu.

Stal Mielec w latach 70 ubiegłego wieku była krajową potęgą. To był zespół, który w roku 1970 awansował do ekstraklasy, a trzy lata później już został mistrzem Polski - 5 lat po tym, jak występował jeszcze w trzeciej lidze.

Pogoń nie potrafiła znaleźć sposobu na mielecką drużynę przez wiele lat. Od roku 1971, kiedy pokonali mielczan przed własną publicznością 1:0, zanotowali serial 12 spotkań bez wygranej - czterech remisów i ośmiu porażek.

Szczecinianie mieli prawdziwy kompleks drużyny z małego miasteczka, która zdominowała rozgrywki ligowe przez całą dekadę. Jednym z najlepszych piłkarzy był Krzysztof Rześny - w latach 60 piłkarz Pogoni Szczecin, który dopiero w Mielcu stał się graczem dużego formatu.

- Krzysiek był za grzecznym chłopcem - mówił o swoim młodszym koledze Andrzej Trywiański, zawodnik Pogoni. - Pochodził z tamtych stron i zdecydował się na powrót, będąc jeszcze nastolatkiem.
 
W I lidze dołączył Rześny
 
Rześny trafił do Stali w roku 1970, kiedy ta awansowała do ekstraklasy. Już wcześniej byli jednak w tym zespole tacy gracze, jak: Grzegorz Lato, Henryk Kasperczak, czy Zygmunt Kukla. W latach 70 Stal dwa razy zdobywała tytuł mistrza Polski. Krzysztof Rześny twierdzi, że mogłoby być tych tytułów znacznie więcej.

- Byliśmy zdecydowanie najlepszą drużyną w Polsce - mówi Rześny. - W każdym sezonie plasowaliśmy się na medalowym miejscu. Czasem zabrakło nam trochę szczęścia. Wybitnych piłkarzy mieliśmy na każdej pozycji.

Pogoń w latach 1972-75 w czterech po kolei meczach rozgrywanych na własnym stadionie przegrywała różnicą dwóch bramek - 0:2, lub 1:3.

- Przeważnie graliśmy na początku sezonu - kontynuuje Kozłowski. - Piłkarze byli jeszcze wypoczęci i decydowały indywidualności, a tych w Stali było z sezonu na sezon coraz więcej.
 
Problemy z Domarskim
 
W roku 1972 do drużyny dołączył kolejny gwiazdor, Jan Domarski. To było jeszcze przed pamiętnym meczem Anglia - Polska na Wembley. Domarski nie był jeszcze tak popularny, ale w kraju uchodził za napastnika bardzo wartościowego.

- Miewałem z nim wielkie problemy - mówi Kozłowski. - Nie osiągnął w piłce, tyle co Lato, czy Szarmach, nie był tak popularny, ale za to niezwykle trudny do upilnowania. Nigdy nie było wiadomo, co zrobi. Potrafił w odpowiednim momencie przyspieszyć, w innym zwolnić. Cały czas trzeba było mieć się na baczności.

Gwiazdą drużyny był jednak niewątpliwie Grzegorz Lato, którego wypromowała znakomita gra w reprezentacji, ale w rozgrywkach ligowych również był nie do zatrzymania. Dwa razy zdobywał tytuł króla strzelców. Zdobył łącznie w ekstraklasie 112 bramek.

- Wszystkie akcje robił na szybkości - wspomina Kozłowski. - Nie przypominam sobie Laty dryblującego, albo strzelającego z dystansu.
 
Łysy, co ty robisz
 
Wtedy drużyny nie były tak zdyscyplinowane taktycznie, jak obecnie. Piłkarze kurczowo trzymali się swoich pozycji i sektorów boiska. Lato miał dużo miejsca i wykorzystywał swoje atuty.

- Z nim więcej problemów mieli nasi boczni obrońcy - zauważa Kozłowski.


Z Grzegorzem Lato łączy się śmieszna anegdota. Kibice Pogoni byli na niego wściekli widząc, jak nie radzą sobie z nim szczecińscy obrońcy. Na poczekaniu wymyślili przyśpiewkę, którą intonowali za każdym razem, gdy piłkarz miał kontakt z piłką. Brzmiała ona następująco:

„Łysy, łysy, co ty robisz, na perukę nie zarobisz"

W latach 1972-75 trenerem Pogoni był Edmund Zientara. To była postać niezwykle barwna. To on nauczył wielu piłkarzy Pogoni gry na poziomie wcześniej niedostrzegalnym.

- Za kadencji Zientary nauczyliśmy się najwięcej - wspomina Henryk Wawrowski. - Dziś mówi się o grze w trójkątach, podwajaniu, a my już wtedy pod okiem Zientary to ćwiczyliśmy.
 
Skok jakościowy
 
Pogoń w latach 1972-75 dokonała wielkiego skoku jakościowego. Drużyna nie zajmowała miejsc gwarantujących grę w europejskich pucharach, ale radowała swoją postawą szczecińskich kibiców.

- Graliśmy zdecydowanie lepiej, niż wskazywały na to miejsca w tabeli - przypomina Wawrowski. - Zauważali to kibice, którzy coraz tłumniej przychodzili na stadion.

Zientara po trzech latach pracy odszedł właśnie do Stali Mielec z zadaniem zbudowania drużyny nie tylko dominującej w polskiej ekstraklasie, ale też rywalizującej na europejskiej arenie.

- Chciał, żebym poszedł do Stali razem z nim - wspomina Wawrowski. - Byłem już wtedy podstawowym reprezentantem kraju, to właśnie Zientara przekwalifikował mnie z pomocnika na bocznego obrońcę, lubiłem z nim pracować, ale z różnych względów pozostałem w Szczecinie.
 
Ćwierćfinał pucharu UEFA
 
Wawrowskiego w ten sposób ominęły sukcesy, jakich mógł doświadczyć, grając w Stali. Pod wodzą trenera Zientary zespół ponownie został mistrzem Polski, a w pucharze UEFA dotarł aż do ćwierćfinału, w którym miał mierzyć się ze słynnym wówczas Hamburger SV.

- To chyba wtedy zdecydowano się w Mielcu podwyższyć trybuny - przypomina Zbigniew Kozłowski. - Stadion Stali w latach 70 był jednym z najnowocześniejszych w kraju.

Na rewanżowym meczu z Niemcami zanotowano rekord frekwencji. Mecz oglądało ponad 40 tys. widzów. Co ciekawe, spotkanie rozgrywano w środę - w środku tygodnia około godziny 14. Stadion nie miał bowiem sztucznego oświetlenia. Mimo tych przeciwności, trybuny już od wczesnych godziny rannych zapełniały się. Stal przegrała 0:2 (w Hamburgu był remis 1:1), a trzy dni później gościła na tym stadionie portowców.

- Na nasz mecz tak dużo kibiców już nie przyszło - wspomina Kozłowski. - Cała Polska skazywała nas wówczas na klęskę, my też w podświadomości czuliśmy, że gramy z zespołem europejskiej klasy.
 
Po pucharach czas na Pogoń
 
Stal wtedy była w stanie rywalizować z każdym europejskim klubem. Pogoń mecz przegrała 0:2,  a gospodarze nie wysilali się specjalnie. W roku 1976 nie tylko wywalczyła mistrzostwo Polski, ale dotarła również do finału pucharu Polski.

Jesienią w roku 1976 portowcy podejmowali Stal w czwartej kolejce spotkań. Mielczanie przygotowywali się do meczu I rundy Pucharu Mistrzów ze słynnym Realem Madryt z takimi piłkarzami w składzie, jak: Camacho, del Bosque, Breitner, czy Santillana.

Latem pozyskali z Górnika Zabrze kolejnego gwiazdora - Andrzeja Szarmach. Miał on zastąpić na środku ataku Domarskiego, który wyjechał do Francji. Nikt jednak nie miał wątpliwości, że Szarmach jest graczem o wiele bardziej wartościowym. Ligowy sezon rozpoczął w glorii króla strzelców turnieju olimpijskiego w Montrealu, w którym zdobył 6 goli.

- Szarmach był oczywiście piłkarzem znakomitym i nikt tego nie neguje - ocenia Kozłowski. - Ja jednak wolałem grać przeciwko niemu, niż Domarskiemu. Szarmach miał charakterystyczny styl gry. Łatwo go jednak było rozszyfrować. Robił zamach i łamał akcję do środka. Ci, którzy o tym nie wiedzieli, to nabierali się.
 
Przerwana passa porażek
 
Pogoń zremisowała ze Stalą 0:0, nie wykorzystując szansy, że mistrzowie Polski nie byli jeszcze w najwyższej formie.

- Pierwsze dwa mecze Stal przegrała, ale z nami udało jej się zremisować - wspomina Kozłowski. - Przerwaliśmy passę czterech z rzędu porażek z tą drużyną u siebie, ale czuliśmy niedosyt. Zabrakło odwagi.

Stal dwa tygodnie po tym meczu przegrała u siebie z Realem 1:2, a w rewanżu 0:1. W tym drugim meczu znakomitej szansy na zdobycie gola nie wykorzystał Rześny.

- Nie przestraszyliśmy się renomowanego rywala - opowiada Rześny. - Szkoda, że nie zagraliśmy odważniej, bo mogliśmy uzyskać lepszy wynik.

Stal miała wtedy jeszcze innych znakomitych piłkarzy, którzy nie osiągali takich sukcesów międzynarodowych, jak ich reprezentacyjni koledzy, ale też zasługiwali na uznanie.

- Taki Hnatio palił 40 papierosów dziennie, a mimo to biegał po boisku i praktycznie nie zatrzymywał się - przypomina Kozłowski.
 
Koledzy z młodzieżówki
 
Hnatio w roku 1975 uznany został za odkrycie piłkarskie w Polsce. Grał z Kozłowskim w reprezentacji młodzieżowej.

- Znałem się jeszcze z Ryszardem Perem, z którym w młodzieżówce tworzyliśmy blok obronny - przypomina Kozłowski.

Stal dopiero w sezonie 1977/78 wypadła z czołówki. Zajęła miejsce w środku tabeli, a z Pogonią przegrała w Szczecinie aż 0:3. Do drużyny wchodzili wtedy młodzi piłkarze, tacy jak Kazimierz Buda, czy Edward Załężny. Wciąż byli Kukla, Kasperczak, Lato i Szarmach, ale chyba nie mieli już motywacji do gry w polskiej ekstraklasie. Tym bardziej, że zbliżały się mistrzostwa świata w Argentynie.

- Oni myśleli już wtedy tylko o tym, by wyjechać na zachód i zarobić - wspomina Kozłowski. Wojciech Parada

 

Komentarze

Mielec
Z Hamburgerem bylo 0:1...
2015-09-18 20:38:36
many
Przeca w latach 70. Lato jeszcze nie był łysy
2015-09-18 09:20:34

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu
Pogoda
0
na godz. 09:00
Zobacz prognozę na trzy dni

Przez granice

Dodatek specjalny do „Kuriera Szczecińskiego”
Przez granice
CZYTAJ WIĘCEJ

Über die Grenzen

Sonderbeilage der Zeitung „Kurier Szczeciński”
Uber die grenzen
LESEN SIE MEHR

Filmy

Jak żyło się w powojennym Szczecinie
Morsy na kąpielisku Głębokie
Dawny Szczecin
Poprzedni Następny

Nekrologi

kondolencje

W Kurierze Szczecińskim
Kup najnowsze lub archiwalne wydanie Kuriera Szczecińskiego w wersji elektronicznej.
Przejdź do sklepu
Zamieść ogłoszenie w Kurierze Szczecińskim oraz w wersji elektronicznej.
Daj Ogłoszenie
Cyfrowy