wtorek, 21 listopada 2017.
Strona główna > Sport > Piłka nożna. Szczeciński hanys

Piłka nożna. Szczeciński hanys

Piłka nożna. Szczeciński hanys
Data publikacji: 2016-10-27 10:49
Ostatnia aktualizacja: 2016-10-27 19:42
Wywietleń: 1409 166787

JEŻELI prawdą jest określenie, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz, to sobotnie spotkanie Pogoni Szczecin z Ruchem Chorzów urasta do pojedynku kolejki. Pogoń w ostatniej serii meczów wygrała bowiem 3:0, a Ruch 4:0. Żadna inna drużyna nie osiągnęła tak dobrych wyników.

Eugeniusz Ksol związany jest ze Szczecinem już ponad pół wieku. Wciąż mieszka w tym samym miejscu. Mieszkanie, które mu zaproponowano przed podpisaniem kontraktu z Pogonią zostało mu oddane z ponad rocznym opóźnieniem, ale warte było przeprowadzki z drugiego krańca Polski – zupełnie innego i do dziś pewnie mocno tajemniczego dla zwykłych szczecinian, którzy tu się urodzili, wychowali, a pokrętna historia jest dla nich ledwie zwykłym zamierzchłym tematem.

Ksol grał w Pogoni 6 lat, tu się osiedlił na stałe i nawet, gdy w roku 1983 przyjechał z Pogonią jako trener do swojego rodzinnego Chorzowa i zlał swój ukochany Ruch 4:0 nie miał wtedy żadnych skrupułów. Na pytanie, czy wróci i pomoże odbudować hegemonię Ruchu – odmówił.

Urodził się w roku 1933 i mieszkał w dzielnicy przypisanej do AKS Chorzów. To był przed wojną silny i prężny klub, który tuż przed jej wybuchem miał nawet szansę na mistrzostwo Polski. Najazd Hitlera na Polskę spowodował, że rozgrywki zostały przerwane.

AKS nie był klubem tolerowanym. Nawet po wojnie miał opinię klubu proniemieckich ślązaków. W pamiętnych rozgrywkach jego najlepszy piłkarz Jerzy Wostal został nawet aresztowany za używanie języka niemieckiego.

Pięścią w głowę

– Do 12. roku życia posługiwałem się tylko tym językiem – wspomina Eugeniusz Ksol. – Śląsk należał do Rzeszy, w domach mówiło się po polsku, ale w mieście po niemiecku. Gdy po wojnie poszedłem do polskiej szkoły i zamiast gazeta powiedziałem zeitung, to otrzymałem od nauczyciela pięścią w głowę. Wyszedłem zamroczony z klasy i przez rok tam nie wróciłem.

Do Ruchu trafił z gimnazjum, które było filią klubu. Ksol miał szczęście do znanych trenerów. Najpierw spotkał na swojej drodze Spirydiona Albańskiego – uczestnika Igrzysk Olimpijskich w roku 1936, wielokrotnego reprezentanta Polski.

– Ja i wielu moich kolegów z wypiekami na twarzy słuchaliśmy jego wspomnień – mówi Eugeniusz Ksol. – Miałem 17, może 18 lat. Albański wiele razy mówił o przegranym półfinale z Austrią – wtedy najlepszą drużyną na świecie – o przegranym meczu o brązowy medal z Norwegią, o nazistowskiej propagandzie sukcesu igrzysk w Berlinie. To był urodzony lwowiak, których po wojnie na Śląsku było bardzo dużo, miał dar opowiadania.

Wypatrzył go Koncewicz

Ksol do Ruchu trafił za namową ówczesnych trenerów: Ryszarda Koncewicza i Teodora Peterka. Szczególnie ten drugi był wtedy wielką chorzowską legendą. Przed wojną wespół z Wodarzem i Wilimowskim tworzyli najlepszy tercet napastników w historii Ruchu.

– Peterek wrócił do Chorzowa po wojnie, ale już nie reprezentował tej klasy, co wcześniej. Trenerem też nie był tak dobrym, jak piłkarzem.

Z pewnością wpływ na jego i wielu innych znakomitych piłkarzy miała wojna. W roku 1942 250 tys. Ślązaków zostało wciągniętych do armii Wehrmachtu.

– Oni nie tracili kontaktu z futbolem – mówi Ksol. – Gdy byli w niewoli albo w wojskach angielskich lub Andersa, to tworzyli drużyny piłkarskie i grali. Taki Henryk Alszer po wojnie długo grał w Ruchu, strzelał mnóstwo goli. Dziś bez zająknięcia mógłbym wymienić cały powojenny skład Ruchu.

Podpisywali volkslisty

W śląskich drużynach grali też piłkarze, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli podpisywali volkslisty, na ochotnika zgłaszali się do armii.

– Jednym z takich był Janik, bramkarz AKS Chorzów – wspomina Ksol. – W czasie wojny ochotniczo wstąpił do niemieckiej marynarki wojennej, grał w niemieckim klubie Germania Konigshutte. Nikt mu jednak nie wypominał tego.

Janik miał jednak mnóstwo kłopotów z władzą. Musiał nawet zmienić imię z Wernera na Antoniego, bo źle się kojarzyło. To był warunek, by otrzymać zgodę na zawarcie związku małżeńskiego.

Eugeniusz Ksol zupełnie inaczej zapamiętał historię słynnego Ernesta Wilimowskiego, który w latach PRL został niemal wyklęty.

– On sam o sobie mówił, że jest Górnoślązakiem – mówi Ksol. – Grał z koszulką ze sfastyką. Starsi kibice pamiętali, że w ostatnim przedwojennym meczu Polska wygrała w Warszawie z Węgrami – wtedy wicemistrzami świata. Wilimowski strzelił trzy gole, rok wcześniej w finałach mistrzostw świata Brazylii aż cztery. To była postać tragiczna. Nigdy po wojnie na Śląsk już nie wrócił, choć bardzo chciał. Był przede wszystkim genialnym piłkarzem.

Z Górskim w Legii

Ksol przyszedł do Ruchu, gdy ten był najlepszy w Polsce. Wedrzeć się do pierwszego składu było nie sposób. Ponadto czekało go wojsko. Trafił do Legii, ale drugiej drużyny.

– Wtedy pierwsza i druga drużyna jeździły razem na mecze. Naszym trenerem był młody wtedy szkoleniowiec, Kazimierz Górski – opowiada Eugeniusz Ksol. – Już wtedy sprawiał wrażenie człowieka spokojnego, stonowanego, ale świetnie wiedzącego, co chce osiągnąć.

Gdy Ksol wrócił do Ruchu, zastał drużynę nieco skostniałą i mało otwartą. Postanowił odejść. Dogadał się z Zawiszą, gdzie kończył odbywanie służby wojskowej i panowała tam świetna atmosfera. Tam wypatrzyli go działacze Pogoni.

– Rozgrywaliśmy sparing z Pogonią i chyba wtedy mnie wypatrzyli – wspomina Ksol. – Przyjechali do Bydgoszczy: Kosobucki z Przybylskim i namówili mnie.

W Szczecinie nie zawsze było różowo. Gdy na rynku zamiast ziemniaki, powiedział kartofle z klasycznym śląskim akcentem, spotkał się z surowym wzrokiem sprzedającego, który wypalił:

– O, hanys!

– Rzuciłem tymi kartoflami w niego i wściekły wróciłem do domu – bez zakupów.

Zawalili ostatni mecz

Ksol swoją piłkarską przygodę zakończył w roku 1965, a już 6 lat później doprowadził portowców do największego sukcesu w tamtych czasach. Szczecinianie zajęli czwarte miejsce, a jeszcze przed ostatnią kolejką spotkań plasowali się na medalowej, trzeciej pozycji.

– W ostatnim meczu graliśmy z Szombierkami w Bytomiu, a Zagłębie Wałbrzych u siebie z Ruchem. Zagłębie i Ruch miały szanse nas wyprzedzić, ale pod warunkiem, że wygrają swój mecz, a my przegramy. Tak też się stało. Zagłębie wygrało 2:0, a my przegraliśmy 1:3.

Ksol zaprzecza jednak, by tamte wydarzenia miały podtekst pozasportowy. Zupełnie inaczej, jak barażowy mecz o pozostanie w ekstraklasie w roku 1989.

– Szczegółów nie zdradzę, bo jeszcze okaże się, że na stare lata wzywać mnie będzie wrocławska prokuratura. Wszyscy zainteresowani świetnie wiedzą, jak było.

Okradli sprzedawczyków

Przypomnijmy, że Pogoń grała wtedy baraże o utrzymanie w ekstraklasie z Motorem Lublin. Ksol był wtedy trenerem. W pierwszym meczu, rozgrywanym w Szczecinie, Pogoń prowadziła 3:0, ale skończyło się na wyniku 3:2. W rewanżu Motor wygrał 2:0 i awansował kosztem Pogoni. Podobno kilku piłkarzy Pogoni dziwnym zrządzeniem losu mocno się wtedy wzbogaciło. Pech chciał, że tego samego dnia zostali okradzeni.

– Tak było, ale czy były to pieniądze ze sprzedaży meczu, tego nie wiem – podsumował Ksol. – Dziwne jednak, że mieli przy sobie tyle pieniędzy. Do domów już wracali bez niczego.

Lata 80. dostarczyły Ksolowi zdecydowanie najwięcej sportowych przeżyć. To były dla Pogoni lata tłuste. W roku 1984 szczecinianie pod wodzą Eugeniusza Ksola wywalczyli trzecie miejsce i po raz pierwszy w historii zakwalifikowali się do europejskich pucharów.

– Mieliśmy już przetarcie, bo przed rokiem graliśmy w Pucharze Intertoto. Grupę mieliśmy bardzo silną – z Malmoe, St. Gallen i Werder Brema. Wygraliśmy ją i zainkasowaliśmy premię 15 tys. franków szwajcarskich. Na tamte czasy była to suma zawrotna, ale w całości powędrowała do Skarbu Państwa.

Wygrali z Brugge i Borussią

Pogoń latem 1983 wygrała też silnie obsadzony turniej w Belgii. Pokonała między innymi Brugge i Borussię Dortmund.

– Przed meczami w Pucharze UEFA z FC Koeln nie mieliśmy zatem żadnych kompleksów. Mimo to przegraliśmy, choć w rewanżu mieliśmy dwa rzuty karne. Oba przestrzeliliśmy.

Eugeniusz Ksol chętnie wraca do spotkań z Werderem. Na wyjeździe szczecinianie przegrali 0:4, ale w rewanżu zrehabilitowali się Niemcom, wygrywając z nim i 2:1, zapewniając sobie pierwsze miejsce.

– Trenerem Werderu był wtedy Otto Rehhagel, później selekcjoner reprezentacji Grecji, z którą wywalczył mistrzostwo Grecji. Bardzo niesympatyczny facet, nie chciał mi podać ręki. Świetnym gościem okazał się jednak Willy Lemke, prezes Werderu.

Wizyta przy ul. Jagiellońskiej

Przed meczem Pogoń – Werder do klubu zadzwonił telefon. To był Willy Lemke, dziś znany niemiecki polityk, a wtedy młody prezes Werderu.

– Rozmawiał wtedy z prezesem Wilczkiem i zapytał, czy jest możliwość odwiedzenia domu przy ul. Jagiellońskiej, bo stamtąd pochodzi jego rodzina. Całą sprawą zajął się prezes Wilczek. Udało nam się przekonać mieszkańców, że to tylko kurtuazyjna i przyjacielska wizyta. Było rzeczywiście miło: ciastka, herbatka, kawka. Lemke mocno się wzruszył. Chciał płacić, odwdzięczyć się, ale nie wiedział jak. Nic od niego nie chcieliśmy. Przed spotkaniem z FC Koeln zorganizował nam trzydniowy pobyt w Niemczech. Cały czas pamiętał. ©℗ Wojciech PARADA

 

Komentarze

Marek Cezary
Bramkarz na zdjęciu to chyba Bogdan Białek nie Konarski.
2016-10-27 19:36:32
Marek Cezary
Panie redaktorze może warto podać nazwiska zawodników na zdjęciu ! ! ! Ja rozpoznałem: Ksola, Nowackiego, Leszczyńskiego, Jabłonowskiego, Wiśniewskiego, Folbrychta , Kielca, Przybylskiego, Kalinowskiego, Konarskiego (?)i trenera Zygmunta Czyżewskiego.
2016-10-27 17:59:09
Kluby
Redaktorze, w latach 70 ubiegłego wieku, w prasie lokalnej były prezentacje klubów z regionu. Może warto ten cykl powtórzyć. Niestety sporo się zmieniło w tej kwestii, sporo klubów zniknęło z mapy sportowej regionu.
2016-10-27 16:14:31
polek
Kiedy wkleja się do gazety wywiad zrobiony ponad 6 lat temu, to wychodzi taki babol, jak powyżej. Otto Rehhagel przestał być trenerem reprezentacji Grecji w 2010 roku, ale co tam - pan Parada zakłada, że czytelnicy Kuriera to takie same "ciemniaki", jak on sam. "Gratulacje!"
2016-10-27 15:35:09
kibic
super artykuł.poproszę o więcej takich wspomnień.
2016-10-27 11:16:45
Tez slazak ten Stefan Klinski..!
Nazywal sie Stefan Klinski i z Szombierek Bytom trafil do Gdyni do Arki.Zblizaja sie derby Arka -Lechia i wspominam tego Klinskiego jako wyjatkowego i bardzo porzadnego nie tylko pilkarza ale tez czlowieka.W Polsce wtedy mowiono ze jesli pilkarz ze Slaska to napewno z charakterem i czyms co nazywano porzadnym wychawaniem z slaskiego domu.Nie udalo sie machlojkarzom Lechii z nim i derby wygrala Arka na stadionie Lechii a wszystko zakonczylo sie w konkurencji z Lechia wejsciem Arki do ligii na 50-lecie Gdyni.Tak by nie bylo gdyby slazak Klinski pokazal sie nie byc porzadnie wychowanym slazakiem.Pozdrawiam Genek! BM.
2016-10-27 11:14:21

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu

Filmy

Pomnik Wdzięczności zaczyna znikać
Tłumy na otwarciu nowego Galaxy
Ulica całkiem inna
Poprzedni Następny

Nekrologi