niedziela, 17 grudnia 2017.
Strona główna > Sport > Lekkoatletyka. Lisek łamie tyczki

Lekkoatletyka. Lisek łamie tyczki

Lekkoatletyka. Lisek łamie tyczki
Data publikacji: 2015-12-21 17:06
Ostatnia aktualizacja: 2015-12-21 17:06
Wywietleń: 1509 67233

Rozmowa z Piotrem Liskiem, zwycięzcą Plebiscytu „Kuriera Szczecińskiego" na najlepszego sportowca województwa zachodniopomorskiego w 2015 roku

Czytelnicy Kuriera Szczecińskiego za najlepszego sportowca kończącego się roku uznali 23-letniego lekkoatletę Piotra Liska, specjalizującego się w skoku o tyczce i od kilku już sezonów reprezentującego barwy OSoT-u Szczecin. W marcu podczas halowych mistrzostw Europy w Pradze zdobył brązowy medal z wynikiem 5,85 metra. 5 miesięcy później został brązowym medalistą mistrzostw świata w Pekinie z wynikiem 5,80 m.

- Czy obecny sezon można zaliczyć do najlepszych w pańskiej karierze?

- Zdecydowanie tak, a powiem nawet, że był to pierwszy prawdziwy sezon takich rzeczywistych sukcesów. Zaczęło się dobrze, bo od brązowego medalu w Czechach, w O2 Arenie w centrum Pragi, gdzie 15-tysięczną widownię szczelnie wypełnili kibice. Jechałem tam z nastawieniem, by powalczyć o najwyższe lokaty, a nie jedynie o tym, by zaliczyć start. Poziom halowych mistrzostw naszego kontynentu był wysoki, zwycięzca przekroczył barierę 6 metrów, a wicemistrz pokonał poprzeczkę na tej samej wysokości co ja. Dodatkową trudnością był fakt, że eliminacje i finały rozegrano dzień po dniu i nie było dnia przerwy na regenerację, jak to się dzieje choćby na mistrzostwach świata. A obciążenie było duże, bo w Pradze musiałem wykonać aż 10 skoków.

- Każdy skok jest okupiony dużym wysiłkiem?

- Tak właśnie jest, lecz nie mam tu na myśli wysiłku fizycznego, do którego jestem dobrze przygotowany przez regularne treningi, ale chodzi o stres, towarzyszący każdemu skokowi. Powoduje to psychiczne zmęczenie i dzień przerwy w trakcie zawodów jest dla mnie bardzo pomocny.

- Czy ten notoryczny stres spowodowany jest strachem przed konsekwencjami wypadku, jaki może się przecież zdarzyć przy nieudanym lądowaniu z blisko 6-metrowej wysokości?

- Wypadek rzeczywiści mógłby być groźny, gdyby nie spadło się na materac amortyzujący upadek, albo przykładowo lądując na metalowym kole, z którego wybijamy się tyczką. Ale rozpoczynając rozbieg nie czuję strachu przed ewentualnym nieszczęściem. Skakanie to mój zawód i przez lata startów nabyłem już trochę rutyny i wiem kiedy jest niebezpiecznie. Nie ciągnę wtedy w górę, nie dążę do pokonania poprzeczki, ale skupiam się jedynie na bezpiecznym lądowaniu. Problem pojawia się jednak przy pęknięciu tyczki, a w swojej karierze złamałem ich już kilkanaście. Wtedy naprawdę rodzi się pytanie: gdzie wyląduję? A wpływu na to nie mam praktycznie żadnego. Takie ryzyko jest wkalkulowane w zawód tyczkarza i powiem szczerze, że się nie boję. A męczący stres, o którym wspominałem, ma inne podłoże i rodzi się on pod wpływem presji wyniku. ©℗ (mij)

Cały wywiad czytaj we wtorkowym wydaniu Kuriera Szczecińskiego, lub w e - wydaniu.

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu

Przez granice

Dodatek specjalny do „Kuriera Szczecińskiego”
Przez granice
CZYTAJ WIĘCEJ

Über die Grenzen

Sonderbeilage der Zeitung „Kurier Szczeciński”
Uber die grenzen
LESEN SIE MEHR

Filmy

Czego szczecinianie życzą na nowy rok
Jarmark Bożonarodzeniowy 2017
Mikołajowa atrakcja od Coca Coli
Poprzedni Następny

Nekrologi

kondolencje

Hannę Orską