wtorek, 12 grudnia 2017.
Strona główna > Akcje Kuriera > Przez granice > Solidarni idą do Aleppo

Solidarni idą do Aleppo

Solidarni idą do Aleppo
Data publikacji: 2016-12-29 13:39
Ostatnia aktualizacja: 2016-12-29 22:53
Wywietleń: 210 191183

Potrzebny był tylko miesiąc, by spontaniczny apel w internecie przekształcił się w akcję, którą zna cały świat. 26 grudnia z Berlina ruszył marsz solidarności z Aleppo. Idzie w nim spora ekipa z Polski i ze Szczecina.

Paulina pakowała plecak w przerwach między ostatnimi świątecznymi zakupami: dwie pary wygodnych butów, sweter na zmianę, bielizna, czapki. Pełna rutyna, w końcu do podróży i wędrówek jest przyzwyczajona.

Jan zrobił świąteczny prezent sam dla siebie: do zwykłego ekwipunku turystycznego dokupił porządny namiot na zimowe noclegi. Juana wyszukała najcieplejszą kurtkę, jaką miała w szafie, bo w końcu w tych dalekich Niemczech w zimie musi być mroźno.

Anna Alboth miała plecak spakowany już parę dni wcześniej i (mimo pozornego opanowania) duszę na ramieniu, gdy w szary, deszczowy poranek zbliżała się z rodziną i przyjaciółmi do lotniska Tempelhof. Niby wszystko było zaplanowane, setki ludzi, znajomi i obcy pisali, że przyjdą, ale czy dotrzymają słowa?

Miesiąc wcześniej Anna Alboth, polska blogerka i podróżniczka z Berlina, matka dwóch córek, poruszona cierpieniem ludzi w Aleppo rzuciła na swoim blogu szalony pomysł: „Chodźmy do Aleppo. My, Europejczycy. Może to w końcu skłoni polityków do zatrzymania rzezi, jeżeli do tej pory nic innego nie pomogło. Pójdziecie ze mną?”.

Dotrzymali słowa.

– Naprawdę przyszli! – powtarzała Anna Alboth w niedzielę, w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, patrząc na długą kolumnę pielgrzymów, idących w stronę lotniska Tempelhof na miejsce zbiórki. Jakby nie mogła uwierzyć własnym oczom: Paulina, Jan, Juana, Ewa, Stefan, Joana i kilkuset innych. Odeszli od świątecznych stołów, zrezygnowali z wypoczynku i przyjechali do Berlina, mimo zamachu sprzed tygodnia, o którym informowały media na całym świecie. Niektórzy zastanawiali się, czy w tej sytuacji marsz w ogóle ruszy? Czy policja nie cofnie pozwoleń? Czy ludzie nie przestraszą się ryzyka?

Nie przestraszyli się. Paulina tylko wzrusza ramionami: – A co to ma wspólnego z naszym marszem? Zamachy są od niego niezależne.

Jan wręcz umocnił się w swoim przekonaniu: – Zwłaszcza po reakcjach w Polsce trzeba jak najczęściej przypominać, że ci ludzie tam, w Syrii, cierpią tak na co dzień i z terroryzmem nie mają nic wspólnego, chyba że jako jego ofiary.

W drugi dzień świąt ponad 300 osób ruszyło z Tempelhof w stronę syryjskiego Aleppo. Najwięcej Niemców i Polaków, ale szedł też Amerykanin, który dzień wcześniej, specjalnie na marsz, przyleciał z USA, i Hiszpanka, która wzięła kilka dni urlopu. Byli także Syryjczycy, uchodźcy, którzy rok wcześniej szli w drugim kierunku, do Berlina. Wielu z nich nadal nie ma dokumentów i dojść mogło tylko do granic stolicy Niemiec. Przekroczenie ich i oddalenie od miejsca pobytu to złamanie prawa.

Niektórzy uczestnicy maszerowali tylko jeden dzień, inni chcą maszerować do Nowego Roku, kiedy będą musieli wracać do pracy i nauki. Nieliczni, jak Jan, planują dojść od Berlina do samego końca, do Aleppo, a przynajmniej do granicy tureckiej. Ciągle zgłaszają się następni, którzy do marszu dołączą w Dreźnie, Pradze, Wiedniu, nawet na Bałkanach. Odzywają się Turcy, którzy chcą towarzyszyć marszowi w swoim państwie. Do środy (28 grudnia) udział w przejściu choć fragmentu trasy zgłosiło prawie 2900 osób.

Paulina, szczecinianka, o tym, że dołączy do marszu, powiedziała rodzinie pierwszego dnia świąt, kiedy trzeba było wytłumaczyć, że nie będzie jej w domu następnego dnia. Specjalnego zaskoczenia nie było, rodzice już wcześniej słyszeli o marszu i podejrzewali, że Paulina pójdzie. Spytali tylko, na jak długo. W Berlinie Paulina dołączyła tylko na dwa dni, później musiała wracać do pracy. Dołączy ponownie za kilka tygodni, już na Bałkanach.

Właśnie tam, przez przypadek, po raz pierwszy zetknęła się z uchodźcami. Pojechała na wakacje na Bałkany. W polskich mediach uchodźcy wtedy jeszcze prawie się nie pojawiali. Czasami były jakieś wzmianki o Lampedusie, Grecji, pontonach. To, że na południu Europy koczowali na ulicach, na północy mało kogo interesowało. Kiedy Paulina wysiadła z pociągu w Belgradzie, zobaczyła tłumy.

Naprędce, z kolegą, starała się pomóc. Gdy wrócili do Polski, zrobili zbiórkę pieniędzy. Kupili uchodźcom zimowe buty. Potem Paulina została wolontariuszką w jednym z obozów. Słuchała historii tych ludzi, widziała blizny po kulach. Wojna stała się dla niej bardziej osobista. Jednak mówi, że i bez tego by poszła.

– Przecież człowiek nie musi spotykać ofiar wojny, żeby wiedzieć, jakie ona przynosi cierpienia – wzrusza ramionami.

Dlatego Paulina w ogóle nie wątpiła w to, że musi pójść, choć kawałek.

– Jeżeli opowiadam innym, że tym ludziom trzeba pomóc, to muszę jakoś potwierdzić moje przekonania. Słowa to za mało – mówi, jakby była to oczywistość.

Pierwszy nocleg: sala gimnastyczna liceum w podberlińskim Mahlow, udostępniona przez burmistrza i radnych. W ciągu następnych dni uczestnicy marszu będą spać w szkołach, kościołach, starych kinach, na boiskach i w ośrodkach dla uchodźców.

W Niemczech, Czechach i Austrii lokalne grupy, wspierające marsz, są bardzo zaangażowane, więc zaplecza im nie zabraknie. Codziennie zamierzają przejść 20 kilometrów, a cała trasa zajmie im prawie cztery miesiące, jeżeli na przeszkodzie nie stanie zła pogoda czy jakieś logistyczne trudności.

„To był najtrudniejszy dzień w moim życiu” – napisała Anna Alboth drugiego dnia marszu na swoim blogu. Nie z powodu pogody i obciążenia fizycznego. Chcąc uniknąć oskarżeń o wspieranie którejś ze stron konfliktu, organizatorzy od początku postanowili nie używać żadnych emblematów czy flag poza białą, neutralnym znakiem rozejmu. Nie wszyscy to zaakceptowali. Kilka osób pojawiło się z flagami Wolnej Syrii, symbolem rewolucji. Odeszli po pierwszym dniu marszu, bo odmówili ich zwinięcia.

„Boli, że straciliśmy kilku przyjaciół z ich pomysłami i energią – pisze Anna – ale musimy pozostać marszem dla cywili, bez ideologii. To jest nasze zadanie”.

Paulina też wyjechała, ale do pracy, bo nie ma urlopu. Za kilka tygodni wróci i dołączy do uczestników marszu.

Agnieszka HRECZUK

Fot. Facebook

Artykuł pochodzi z dodatku "Kuriera Szczecińskiego" – "PRZEZ GRANICE"

Komentarze

Smutny byłby ten kraj z takimi kibicami
Kibic - ja bym się bala żyć w kraju, w którym takich ludzi by nie było. Odważni, wierni swoim ideałom i altruistyczni. Pan, to się boi uciekinierów wojennych, czy imigrantów, a los innego człowieka g... Pana obchodzi. Nie podobałoby mi się żyć w kraju, w którym miałabym tylko takich sąsiadów. Wolałabym wiedzieć, że jak coś się stanie, to mogę na kogoś liczyć - a nie, że ktoś będzie moją religię i poglądy polityczne sprawdzał, zanim mnie z płonącego domu wyciągnie.. A nie, Pan ognia tez by się bał, jak się Pan boi zwykłych ludzi z innego kraju.
2016-12-29 22:34:14
kuku na muniu
Puste pokolenie facebooka.
2016-12-29 20:49:08
Miś na Miarę
LOTem byłoby bliżej
2016-12-29 18:50:42
kibic
prośba do uczestników tego marszu ... zostańcie tam!!!!
2016-12-29 15:10:06

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu

Przez granice

Dodatek specjalny do „Kuriera Szczecińskiego”
Przez granice
CZYTAJ WIĘCEJ

Über die Grenzen

Sonderbeilage der Zeitung „Kurier Szczeciński”
Uber die grenzen
LESEN SIE MEHR

Filmy

Jarmark Bożonarodzeniowy 2017
Mikołajowa atrakcja od Coca Coli
Międzynarodowa flota przy Wałach
Poprzedni Następny

Nekrologi

kondolencje