niedziela, 18 listopada 2018.
Strona główna > Blogi > Artur D. Liskowacki > Zaplute dzieci Frankensteina

Zaplute dzieci Frankensteina

Wywietleń: 801

Krótki cytat: „zaplute karły reakcji”.

Starsi (coraz starsi) pamiętają, młodsi mogą znaleźć go w podręcznikach do historii. Te „karły” to niby mieli być żołnierze AK. Tymczasem byli nie tyle „zapluci”, ile opluci. Przez ideologów sowieckiej wizji polskiego państwa.

Wygląda na to, że wracamy do zasady, by opluwać tych, którym z nami nie po drodze. A ślina na wietrze (historii) rozpryskuje się wokół. I coraz więcej tych – zwłaszcza wśród starszych – co mają prawo czuć się opluci przez doktrynerów, przekonanych, że dokonują prawego i sprawiedliwego (wreszcie) osądu PRL.

Opluwać łatwiej niż budować. A wielu z tych dziś oplutych budowało powojenną Polskę. Jakkolwiek by się ona nazywała – Polskę.

                                                                     ***

A propos starsi i młodsi. Była taka piosenka przedszkolaków: „Starsi już poszli, młodsi jeszcze nie”. Z dalszym ciągiem, co brzmi dziś niepokojąco: „Hej dalej, dalej do zabawy, spieszmy się!”.

Niepokojąco, bo źle się bawimy historią. I bardzo się spieszymy przy tym. A historia w rękach polityków to niebezpieczna zabawka. Tymczasem my, razem z nimi, wirujemy w  szalonym tańcu, powtarzając głupstwa przeszłości, jakbyśmy się tylko bawić chcieli, a niczego się wcześniej nie nauczyli.

                                                                      ***

Dr Maciej Korkuć, autor cyklu „Datownik historyczny” w RMF Classic, przeprowadził interesujący wywód.

Nawiązując do dwóch rocznic – Marca 1968 i stulecia Frankensteina – monstrum, stworzonego w wyobraźni Mary Shelley (jej powieść ukazała się w roku 1818) – orzekł, że w swej historii Polska dwukrotnie nie Polską była, ale Frankensteinem. Nie dr. Wiktorem Frankensteinem bynajmniej, który powołał monstrum do życia, ile tym monstrum właśnie, które zwykliśmy zwać Frankensteinem od nazwiska twórcy.

Pierwszy raz nie była Polską, a Frankensteinem, gdy Niemcy utworzyli z jej części tzw. Generalną Gubernię. Drugi, gdy dostała się pod wpływ ZSRR i zwała się PRL.

Taki horror.

                                                                      ***

Dzieci i wnuki Frankensteina! Spójrzcie (spójrzmy) w lustro!

To wysokie czoło ze śladami niestarannego szycia, to spojrzenie spode łba, ten kolebiący się krok. To my!

Co jednak z tymi, co nie zostali stworzeni na ów obraz i podobieństwo, choć powici byli w czasach, gdy żył Frankenstein, którym się brzydzą? Cóż, oni, z dr. Korkuciem włącznie, muszą być potomkami narzeczonej dr. Frankensteina, Elżbiety, tyle że – o ile pomnę – nim zginęła z rąk monstrum, była ona panną.

A kiedy potwór ją sobie odtworzył ze zwłok dziewczęcia, to już raczej jego przypominała. Tak że i jej (mocno ewentualne) potomstwo musiałoby jednak mieć coś z mamy.

                                                                      ***

Wywód dr. Korkucia miał oczywiście charakter teoretyczny i nie dotyczył genealogii jako takiej. Służył czemu innemu. Otóż dr Korkuć – wychodząc z założenia, że w 1968 Polski nie było, a był tylko Frankenstein, oświadczył, że Polska nie ma dziś powodu, by przepraszać za Marzec ’68. Znaczy, niech przeprasza Frankenstein.

Dziwnym trafem, nazajutrz po audycji RMF Classic, godnie i mądrze wystąpił inny dr – tym razem prawa, nie historii – prezydent Andrzej Duda. I w emocjonalnym przemówieniu przeprosił polskich Żydów w imieniu Rzeczpospolitej. Czy dr Korkuć ma w związku z tym zamiar uznać prezydenta za Frankensteina? Czy tylko za dr. Frankensteina?

                                                                       ***

Kategoria narodu bywa niebezpieczna, gdy używać jej do politycznych porachunków. A gdy używać jej doraźnie, bywa też żałosna.

Himalaista Denis Urubko, Rosjanin z polskim obywatelstwem, członek zimowej wyprawy na K-2, w relacjach mediów i dla internautów był bohaterskim Polakiem (zwano go Urubkowski) – zwłaszcza gdy ratował Francuzkę na Nanga Parbat. Ale gdy samowolnie opuścił obóz pod K-2, poddano go medialnej krytyce, a dla sieci stał się „głupim Ruskiem” i „niewdzięcznym Kacapem”.

Za to nasza wdzięczność nie zna granic. Hipokryzji.

                                                                         ***

Dariusz Szpakowski o Tarasie Romańczuku, piłkarzu Jagiellonii, Ukraińcu z polskim paszportem, gdy po raz pierwszy pojawiła się informacja, że może on dostać powołanie do naszej reprezentacji: „Ja bym się na to nie zdecydował”. Dlaczego by się nie zdecydował? Bo „pojawią się głosy, że to farbowany lis”.

Romańczuk, którego babka była Polką, jest z pochodzenia Polakiem, mówi po polsku. Żyje u nas od lat, z Polską wiąże swą przyszłość. W przeciwieństwie do Tiago Cionka, którego babcia też była Polką, i który też ma nasze obywatelstwo, a u Nawałki występuje od dawna, ale który po polsku dotąd się publicznie nie odezwał (choć śpiewa hymn), gra we Włoszech, a po skończeniu kariery wróci pewnie do Brazylii.

Co sprawia, panie redaktorze, że Ukrainiec jest farbowany, a Brazylijczyk nie?

                                                                          ***

Na miejscu red. Szpakowskiego nie podnosiłbym tak śmiało tematu fałszywego oblicza innych Polaków. W końcu tyle lat znaliśmy red. Szpakowskiego, czołowego komentatora futbolu w TVP, jako mężczyznę z włosami, a z czasem okazało się, że to był tylko tupecik.

                                                                             ***

Pozwalam sobie za ten tupecik (raczej tupet) – choć pewnie nie powinienem, bo i u mnie włos coraz rzadszy – ale nie lubię komentatorów (sportowych), wykazujących przesadną ostrożność w przyznawaniu sportowcom identyfikującym się z Polską prawa do biało-czerwonych barw. Zresztą że w tym akurat wypadku, Taras i tak będzie miał problem na Ukrainie; nastroje wobec Polski zrobiły się tam niemiłe, więc jego krajanie uznają go ani chybi za zdrajcę.

W swoich ksenofobiach nie jesteśmy zupełnie sami w Europie. Ale marna to pociecha.

                                                                                 ***

O nowych sędziach wybranych do KRS – jak uważa opozycja: niezgodnie z prawem – mówi się, że to „marcowi sędziowie”. Co ma być nawiązaniem do „marcowych docentów”, też mianowanych kiedyś przez władzę (po Marcu ’68).

W ferworze walki nikt nie wspomina o marcowych kotach. A tymczasem słyszę za oknem, że robią swoje.

ADL

Komentarze

fdfjkd
Redaktor Szpakowski "nawilżał" każdej władzy od komuny począwszy...
2018-03-22 08:48:55
ost
- szkoda iż nie wozi się na "bratach starszch", obecnie modne.
2018-03-21 23:54:44
west
Dobrze napisane.
2018-03-21 19:02:18

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu