niedziela, 20 sierpnia 2017.
Strona główna > Blogi > Janusz Ławrynowicz > Emigracja od przedszkola

Emigracja od przedszkola

Wywietleń: 191

Niedawno resort oświaty postanowił wprowadzić w przedszkolach naukę języka obcego. Pomysł na pierwszy rzut oka dobry, wiadomo, im wcześniej zasiejemy ziarno, tym szybciej wzejdzie plon. Wszak w familiach arystokratycznych uczono dziatwę francuskiego już na etapie wózka....

Potem okazywało się, że młodzian czy pannica nabrała nieodwracalnie ohydnego gardłowego „r", tak źle brzmiącego w polszczyźnie. Każdy język ma swą tonację, własną charakterystyczną składnię, wyrażającą narodowy sposób kojarzenie i myślenia. Język to dziedzictwo narodowej kultury. Dlatego, jeśli chcemy wychować poprawnie po polsku mówiącego (a więc i myślącego) obywatela, lepiej odczekać kilka lat z nauką obcej mowy, aż poczuje się swobodnie w ojczystej. Zapomniano przy tym o łacinie, która stanowi kościec polskiej gramatyki. Kuchenną natomiast odmianą języka Rzymian ochoczo szasta polski lud.

W czasach PRL w szkołach uczono obowiązkowe tylko rosyjskiego, otwierającego wprawdzie drzwi do najwspanialszej literatury, ale jednak języka zaborcy. Nie dziwota, że naród go nie kochał, a na emigrację do sojuza chętnych było mało.

Za to z zachodu Polska - kraj zwany narodów papugą, chłonie wszystko, w tym językowy śmietnik. Od czasów króla Stasia, probierzem inteligencji i obycia w świecie jest szastanie obcymi słowy bez umiaru i sensu... I taki bełkocik wciąż olśniewa polskie salony od 300 lat.

Prawdziwa elita w międzywojniu, zahartowana oporze przeciw dominacji zaborców, skutecznie opierała się inwazji obcej kultury; każde niemal nowe słowo nasi językoznawcy natychmiast tłumaczyli na polski. Auto nazwali samochodem, aeroplan - samolotem. Ta tendencja przetrwała też w czasach PRL, choć czasem zdrowy odruch posuwano do śmieszności. Np. poczciwy szlafrok osiedlony nad Wisła od lat, w przypływie patriotyzmu ktoś przemianował na „podomkę", a krawat na „zwis męski."

Władze niepodległej RP w imię wolności otwarły szeroko drzwi na wiatr z zachodu.Tak to w polszczyźnie pojawiły się znów słówka: super, jak zły szeląg ( przedtem w końcu lat 50) przyfrunęło amerykańskie „okey". I już niemal wyparło z polszczyzny określenia: zgoda, dobrze.

Dawne imprezy to dziś „eventy", cele to „targety", a relację, lub wypowiedź medialni mądrale nazywają „narracją". W „wyższych" sferach zamiast trenera pojawił się jego angielski odpowiednik „coach"(koucz). Ostatnio w żagronie internetowym króluje „hejter", od angielskiego słowa „hejt" (hate). Takiego „hejtera" można nazwać po polsku szydercą. Rzecz w tym, że Polacy wolą bełkotać po angielsku. A gdy zapytasz, co to za dziwoląg... wezmą cię za prostaka. Fascynacja ćwierćinteligentów obczyzną wynika z kompleksu niższości, niewiedzy o własnym kraju i słabej znajomości rodzimego języka. Cóż, dobrych zasad nie wolno już uczyć pod przymusem...

Język obcy (powszechny jak angielski) warto znać, tak jak podstawowe ruchy pływackie, aby nie utonąć na obczyźnie. Wprowadzenie go jednak już w przedszkolu to na pewno (kosztowna!) przesada, na tym etapie bowiem bardzo trudny język ojczysty nie powinien mieć konkurentów! A że to projekt obecnej władzy, rodzi obawę, że stanowi przygotowanie nowego pokolenia emigrantów.

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu