sobota, 21 października 2017.
Strona główna > Blogi > Janusz Ławrynowicz > Czy orły ożyją?

Czy orły ożyją?

Wywietleń: 330

Po dwóch nieudanych próbach (z 30 kwietnie i 9 czerwca) 5 lipca 1945 roku Szczecin stał się polski. Akurat ta decyzja cynicznego gracza Stalina była jak najbardziej w polskim interesie. Przeforsowana wbrew niechęci Ameryki i Wielkiej Brytanii, srodze zatroskanych o to „aby polska gęś nie udławiła się takim kęsem Niemiec" (Ziemiami Zachodnimi). Autor tych słów, Churchill, który wcześniej nader chętnie zgodził się pozbawić swego najwierniejszego sojusznika Wilna, Lwowa i Grodna, aby nie drażnić Rosji, po wojnie zaczął bronić Niemców - wczorajszych śmiertelnych wrogów. Wszak Wielka Brytania nie ma stałych przyjaciół, ale interesy zawsze te same.

Plac Stalina powstał po wojnie w każdym niemal polskim mieście, jak w rzymskim imperium posągi aktualnego cezara. Na ziemiach zachodnich jednak, w dużej mierze po wiekach przez Polskę odzyskanych, to imię nie budziło takiego sprzeciwu jak w Warszawie czy Krakowie. (Sam ks. prof. Kozierowski, który opatrywał polskimi nazwami ulice Szczecina, bez przymusu zgodził się centralnemu placowi w mieście nadać imię Stalina, które przetrwało do 1956 roku)
Po przełomie 1989 roku prominentny działacz KOR popełnił w jednym z czasopism artykuł niby historyczny piętnujący polskie zakusy na suwerenność... Księstwa Zachodniopomorskiego, ale pochlebnie oceniający rozwój tejże krainy pod pruskim berłem. W ślad za tym wśród historyków pojawiły się pozytywne oceny naszych śmiertelnych wrogów Krzyżaków jako ... krzewicieli cywilizacji. Potem nie wiadomo skąd przyszedł pomysł uczynienia Szczecina ... wolnym miastem. A żyli jeszcze ludzie pamiętający przedwojenny Gdańsk... I wtedy też okazało się, że nawet nieszczególnie lubiany, ale za to pierwszy w naszym mieście polski monument - Pomnik Wdzięczności (żołnierzom sowieckim i polskim) jest dla szczecinian ważnym akcentem tożsamości.

Mieszkańcy nie dopuścili do jego demontażu.

Szczecin miał jeszcze silną osobowość zahartowaną w społecznych buntach, był bez mała 400-tysięczym miastem, miał wciąż prężny przemysł, gospodarkę morską ze stocznią na czele. Miał młody, ambitny uniwersytet.

W latach sterowanego chaosu, likwidacji przemysłu zwanej transformacją, Szczecin zyskał wprawdzie w sferze ekologii i wypiękniał na widokówkach, ale miasto się wyludniło i straciło rangę metropolii. Szczecin nie Mikołajki ! - słusznie przestrzegał rządzących metropolita szczecińsko-kamieński.

70 lat temu ocaleni z wojny rodacy z różnych stron, w tym wygnańcy z Kresów, zaczęli pod batutą rozsądnych poznaniaków budować polskie życie. Jak opowiadał mi niezapomniany Czesław Piskorski, właśnie Wielkopolanie już w latach 30. przewidywali, że Niemcy wywołają nową Wielką Wojnę i że ją przegrają, a wtedy „nasze Orły lotem błyskawicy staną na starej Chrobrego granicy". Latem 1939 roku na tajnym zebraniu działaczy Rodła padły słowa: po tej wojnie Szczecin będzie polski...

I stało się! Jest polski już 70 lat. Czy dziś jednak osowiałe orły potrafią wzbić się do lotu?

O wielkim sukcesie Szczecina w 1945 roku przesądził fakt, że dyrygentem pierwszych lat budowy gospodarki morskiej był prof. Eugeniusz Kwiatkowski- przedwojenny budowniczy Gdyni i COP. Jeśli tej jesieni znów powieje dobry wiatr dla grodu Gryfa, potrzebny będzie taki wizjoner - pragmatyk... Gdzie takiego dziś szukać?

Janusz Ławrynowicz

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu