czwartek, 17 sierpnia 2017.
Strona główna > Blogi > Artur D. Liskowacki > Kalanie skrzeczącego chochoła

Kalanie skrzeczącego chochoła

Wywietleń: 919

Wyspiański, za sprawą „Klątwy” w Teatrze Powszechnym, stał się ostatnio modny. Co nie znaczy, że znany. Nie znają go raczej chłopcy ONR-owcy, którzy pikietują stołeczny teatr w proteście przeciw kalaniu świętości, nie zna go też raczej większość odprawiających modły przeciw bluźnierstwu na scenie, ale niektórzy twierdzą, że nie zna go również chorwacki reżyser spektaklu, Oliver Frlijić, bo w jego przedstawieniu Wyspiańskiego niewiele.

* * *

Krzysztof Varga („Duży Format”): „Trzeba bezwzględnie i dogmatycznie ujmować się za wolnością wypowiedzi artystycznej – i ja się ujmuję. Należy się też ujmować za urażonymi katolikami – i ja się ujmować będę. Ale ująć się też należy za Wyspiańskim, z którego (…) zostało w „Klątwie” może z 10 procent tekstu. Mam w sobie bardzo mocny opór przeciwko praktyce wycinania z tekstów klasyków niemal wszystkiego, tytuł tylko i ogólny zarys zostawiając – na nazwisku klasyka się tu jedzie ku krótkotrwałej nieśmiertelności”.

Dodaje też Varga, że „jakby Wyspiańskiego wiernie co do tekstu wystawić, uwspółcześniając oczywiście w sposób konieczny, mielibyśmy spektakl (…), który stokroć skuteczniej by wnętrzności wypatroszył Kościołowi”.

* * *

Mocne słowa, ale kto zna „Klątwę” – opartą na faktach opowieść o zabitym przez matkę nieślubnym dziecku księdza – rozumie w czym rzecz.

Pamiętam „Klątwę” Augustynowicz w Teatrze Współczesnym w roku 1991. Było to pierwsze przedstawienie tej reżyserki w Szczecinie. Znakomite! I bardzo źle przez niektórych odebrane. Z powodu „kalania świętości”, a de facto – odważnego mówienia o ukrytych problemach Kościoła i polskiego katolicyzmu.

Jest smutnym paradoksem, że po ćwierci wieku z okładem trzeba rzec, że gdyby dziś „Klątwa” na scenie Współczesnego równie dobrze została wystawiona, byłaby chyba jeszcze bardziej aktualna niż wówczas. Nie ze względu na ukazany w niej grzech księdza, ale z powodu obłudy i hipokryzji, która zdominowała nasze życie – nie tylko religijne, ale publiczne w ogóle.

* * *

A że Wyspiańskiego nie znamy, sprawa nienowa. Autora „Wesela” od lat używamy jak chcemy, nie troszcząc się o sensy w jego utworach. Ani o słowa, które te sensy niosą. Notorycznie np. przywołujemy niby-cytat: „A tu rzeczywistość skrzeczy”. Zmieniając jednym słowem znaczenie tego, co Wyspiański naprawdę napisał: „A tu pospolitość skrzeczy”. Rzeczywistość i pospolitość to naprawdę nie to samo!

Choć mówiąc na marginesie: dzisiejsza rzeczywistość akurat pospolita nie jest, za to skrzeczy tak, że uszy puchną.

* * *

Ostatnio robi karierę zwrot „chocholi taniec”, odnoszący się do „Wesela”. Upodobała go sobie władza, nazywając „chocholim tańcem” protesty opozycji. Ale i politykom opozycji zdarza się, że o „chocholim tańcu” władzy mówią.

Tymczasem to określenie – tak użyte – sensu nie ma. Pomijając bowiem fakt, że powinno się raczej mówić o „chocholej muzyce” (Chochoł nie tańczył, ale grał tańczącym; stąd „chochola muzyka”, nie taniec – patrz „Słownik mitów i symboli” Kopalińskiego), to zarówno ta muzyka, jak i taniec do niej, nie mają nic wspólnego ze znaczeniem, jakie się im dziś nadaje w atakach na przeciwników politycznych.

Bo to muzyka smutna, usypiająca, zaś ruchy senne, bezwolne – będące symbolem braku woli właśnie, bierności, poniechania czynu. A nie – jak się zdaje politykom – wściekłych i nienawistnych podrygów, czy jakiegoś szamańskiego zaklinania rzeczywistości.

* * *

Można by rzec, że – znów gorzki paradoks! – szkoda czasem, iż nasi politycy nie tańczą do muzyki Chochoła. Kręciliby się wtedy w koło, bez sensu, ale i bez kos, co im wypadły z rąk. Owszem, krajowi by nie pomogli, ale i krzywdy by mu nie zrobili. A robią ją dziś, gdy kosy – niby małpa brzytwę – wzięli w dłonie i wycinają wokół wszystko.

* * *

Opozycja zaczęła przymiarki do zjednoczenia się przeciw PiS w wyborach. Ale już na wstępie rozmów między partiami ewentualnej koalicji, zaczęły się partyjne gry. Jedni drugim nie chcą oddać głównej roli (wiadomo: razem, ale ze Schetyną na czele!). Pewnie więc nie będzie to zjednoczenie lepsze niż dawny Konwent św. Katarzyny, który tak „zjednoczył” prawicę, że przegrała wybory.

Jeśli miałbym szukać przykładów wpływu chocholej muzyki na politykę, to znajduję je właśnie w „zjednoczeniowym tańcu”. Stanowiącym wyraz braku siły i woli; jak to bujanie się w miejscu w rytm: „Miałeś, chamie, złoty róg…”.

* * *

Na pytanie, czy poparcie Jarosława Kaczyńskiego – dla kandydatury Saryusza-Wolskiego na przewodniczącego Rady Europy – to prawda, Adam Bielan odrzekł, że to „dziennikarska kaczka”. Na miejscu Bielana, speca od słów Prezesa, unikałbym tego związku frazeologicznego. Zwłaszcza że kaczki (dziennikarskie) w obozie rządowym rozmnożyły się ostatnio bardzo.

Łażą przez ulicę unikając pasów i powodując wypadki, bo nie chce im się głośno kwakać, kupują drony, sprzedają lotniskowce, wysyłają Misiewicza na urlop, obiecują szyszki na wyciętej wierzbie…

* * *

Jest takie powiedzonko: Nie śmiej się dziadku z czyjegoś wypadku. Dlatego z wypadku senatora Karczewskiego – na nartach – śmiać się nie będę.

Ale dziwi mnie, że suweren, tak kiedyś rozbawiony pasją premiera Tuska i jego ekipy do sportu (futbol), z powagą znosi rozrywki nowej władzy Panów i Pań, która z jeszcze większym zapałem (Pan Prezydent, Pani Premier, Pan Marszałek Senatu) oddaje się sportowi (narty). Widać sport tak ekskluzywny jak śmiganie z górki – nie to, co plebejskie „haratanie w gałę”! – odbiera suwerenowi ochotę do śmiechu. Nawet, gdy widzi jak ochroniarze BOR szusują z szacunkiem u boku prezydenta.

Aż strach się bać, że inni prominentni działacze PiS też zechcą szusować. Na przykład Marek Kuchciński. Co byśmy zrobili, gdyby ulubiony Marszałek złamał sobie na stoku kijek, albo nie daj Boże laskę (marszałkowską).

* * *

Walka z pigułką „dzień po” (ellaOne) nabiera rozpędu. Do sztabu ministra Radziwiłła przyjęto właśnie prof. Chazana.

Gdyby to nie było ponure, można by wesoło zanucić: O, Ella, straciłaś przyjaciela! Zostaje tylko czekać, aż na receptę lekarze zaczną też wypisywać (raczej: nie wypisywać) prezerwatywy. I to w wersji: kondom „dzień po”.

Artur Daniel Liskowacki

Komentarze

obserwator
i jak zawsze rzecznik kodu i pasjonat antypolskiej gazety wybiórczej pisze bzdety..a gdzie ocena gdyby wystawiano sztuke o islamie...
2017-03-10 08:59:16
ho
Oj muza, muza bez żadnych, popartych przemyśleniami argumentów.
2017-03-10 08:45:37
muza komercja
Wieża co ty ciekawego widzisz w tej paplaninie Daniela ? Na ogół masz ciekawe komentarze ale niekiedy pieprzniesz jak łysy o beton.
2017-03-09 23:05:48
Quistorp
Do W. Cz. internauty. To nie brak talentu "ADeeLa". To braki w lekturze i historii okresu młodej polski u internautów. Celowo nie biorę udziału w dyspucie, gdyż wiem , jakimi programami karmiona była młodzież ostatniego 25-lecia. Testami i punktacjami bez żywej rozmowy i wciągnięciu młodzieży do psychiki i przemyśleń ówczesnego społeczeństwa epoki rozbiorowej, po nieudanych "hura-powstaniach". Wyspiański żył tamtą epoką. Żeby poczuć się wolnym , musisz wolność stracić. Dopiero jak ją ponownie odzyskasz zabierzesz się do dyskusji........ Litwo ojczyzno moja jesteś jak zdrowie . Ile Cię cenić trzeba ten tylko się dowie,,,, , kto je stracił...... Tylko pokolenie rocznika 1920 zaznało agresję, i utratę wolności i w 1945 jakąś okrojoną wolność. Ale temu pokoleniu już minęło prawie sto lat.
2017-03-09 22:15:40
muza
Jednak bozia poskąpiła talentu pisarskiego Arturkowi :-)
2017-03-09 21:02:17

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu