środa, 23 sierpnia 2017.
Strona główna > Alfabet > G jak gary, czyli u Anglika w kuchni

G jak gary, czyli u Anglika w kuchni

G jak gary, czyli u Anglika w kuchni
Data publikacji: 2015-09-07 15:38
Ostatnia aktualizacja: 2015-09-13 20:32
Wywietleń: 2289 15964
Kiedy zdecydowałam się na emigrację, wielu znajomych, zwłaszcza tych, którzy angielski epizod mieli za sobą, ostrzegało: uważaj na jedzenie na Wyspach! Napompowany biały chleb, fasolka z puszki, wszędzie mrożonki i małe szanse na kupienie dobrej wędliny czy sera. Warzywa? Zapomnij! Anglicy wyciągają nawet ogórki z cheeseburgera. Przytyjesz – grzmieli. Z duszą na ramieniu zapakowałam swoje całkiem już spore gabaryty (a niech tam: rozmiar 16-18, ładnych parę! kilogramów nadwagi) do samolotu. Niespełna dwie godziny później wylądowałam w kraju kiełbas w cieście, paluszków rybnych i frytek z octem. I jak tu nie przytyć?

Rano w kuchni

Po czym poznać Anglika na wakacjach? Po talerzu. Nieważne, w której części świata akurat będziemy, jeśli hotel oferuje śniadania kontynentalne, Brytyjczycy napełnią talerze jajkami w każdej dostępnej formie, tostami, kiełbaską, bekonem, pieczarkami, pieczonymi pomidorami i oczywiście fasolką z puszki. Ci odważniejsi dołożą jeszcze black pudding, czyli taki nasz rodzimy salceson – wędlina wyprodukowana z krwi i podrobów. I oto mamy: prawdziwe, syte, pełne angielskie śniadanie, czyli full English breakfast. Obowiązkowy punkt niedzielnego poranka, w tygodniu w wersji nieco okrojonej. Za ciężko? Może, ale zaprzyjaźnieni Anglicy przekonują, że dodaje energii, napełnia żołądek na kilka godzin i… jest najlepszym lekarstwem na poranne bolączki po udanej imprezie. Tylko jak to wszystko przełknąć? Jeśli wizja dwóch tysięcy kalorii na jednym talerzu przed ósmą rano was przeraża, polecam punkt drugi brytyjskich śniadań: owsianka. Angielska porridge pojawia się na stołach niemal tak często jak jajka. Lżej i zdrowiej, ale czy smaczniej?


Południe w kuchni

Lunch time, czyli przerwa śniadaniowa w pracy i szkole, to dla Anglika świętość. Nieważne, że akurat jest w środku ważnego projektu lub do skończenia zadania zostało mu zaledwie parę chwil. Kiedy wybija pora lunchu – zazwyczaj między 11 a 13 – Anglik rzuca wszystko i pędzi na jedzenie. Co przynosi w pudełku śniadaniowym? Tosty, fasolkę w puszce (!), gotowe zestawy śniadaniowe z pobliskiego sklepu, tzw. meal deal, a w nich sałatki lub kanapki, batonik lub paczka chipsów i napój (cena takiego posiłku to 3 funty). W ruch idą tostery, mikrofalówki, czajniki. Najczęściej godzinne przerwy to czas ucztowania, często także w restauracjach i pubach, które w określonych godzinach serwują specjalne szybkie i smaczne menu. Włączając w to atrakcyjne ceny alkoholi. Lunch ma utrzymać Anglika w formie do wieczornego obiadu, chyba że w międzyczasie skusi się na tea time, słynny już popołudniowy czas na herbatkę, biszkopty, babeczki i kanapki ze świeżym ogórkiem. Legendarna five o’clock wciąż jest ulubioną godziną każdej brytyjskiej Hiacynty Bukietowej.


Wieczór w kuchni

Kiedy w Polsce zasiada się do oglądania Wiadomości, w Anglii zasiada się do stołu. Obiad podaje się bowiem pomiędzy godziną 6 a 8 wieczorem. Na stole produkty dobrze znane każdej polskiej gospodyni, bo Anglicy gotują to samo, ale nie tak samo. Niewielką popularnością cieszą się na Wyspach zupy, a mięso w panierce przywodzi na myśl gotowe i bezwartościowe kotlety z hipermarketu (tak moi drodzy, schabowy z zasmażaną kapustką nie porwałby Anglików). Co w zamian? Pieczone z niewielką ilością przypraw mięsa: szynka, wołowina, jagnięcina, rzadziej drób podawane z sosami (zawsze oddzielnie). Pieczone ziemniaki w skórkach nadziewane mięsem i serem: jacket potato, przypominające włoską lasagne cottage pie: mięso mielone zapiekane warstwowo z ziemniakami, groszkiem i marchewką. Oczywiście pieczone kiełbaski, ryba lub paluszki rybne z ziemniakami i fasolką z puszki (jest, była i będzie) lub frytkami polanymi (!) octem! Uwieńczeniem tygodnia będzie żelazny punkt w angielskim menu: Sunday roast, czyli tradycyjny niedzielny obiad serwowany wyjątkowo w porze lunchu. I tu angielskie panie domu mają pole do popisu. Wołowina podawana z chrzanem lub musztardą i słonym ciastem naleśnikowym zwanym Yorksihre Pudding, wieprzowina z sosem jabłkowym lub farszem cebulowym, baranina z galaretką porzeczkową, kurczak z żurawiną i „świnkami w kocykach”, czyli kiełbaską owiniętą bekonem… Do tego pieczone ziemniaki, bukiet warzyw od groszku zaczynając, na brukwi kończąc, a wszystko dodatkowo polane sosem pieczeniowym. Fasolki z puszki nie przewidziano. Głodni?

Made in puszka

Na pożegnanie kulinarna anegdotka z życia emigracji. Koleżanka z pracy – Polka - gościła u sobie na obiedzie najlepszego przyjaciela swojego nastoletniego syna. Rodowity Anglik przecierał oczy ze zdumienia nad talerzem z tradycyjnym polskim obiadem: mięsko, ziemniaczki, surówka, ot, smacznie i po domowemu. Chłopiec z niedowierzaniem spytał: jak to wszystko zmieściło się do puszki? Kiedy w odpowiedzi usłyszał, że z puszką nie ma to za wiele wspólnego i wszystko ugotowała mama, wypalił: moja mama nie gotuje, bo nie jest kucharzem… Co tam Gordon Ramsay, Nigella i Jamie Olivier. Polska – to jest kraina mistrzów sztuki kulinarnej. ©℗

Joanna Flis

PS

Z „miłości” do angielskiej kuchni schudłam 30 kilogramów. Biały chleb omijam szerokim łukiem. Za to do angielskich restauracji zaglądam chętnie, ale o tym innym razem. Wszak o jedzeniu mówić można bez końca!

 

Na zdjęciu: Powyżej: Anglicy nawet z cheesburgera wyciągają ogórki

Fot. Robert Stachnik

Poniżej: „Orzeł", sklep z polskim jedzeniem w Londynie

Fot. Dariusz Gorajski

G jak gary, czyli u Anglika w kuchni

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu

Filmy

Mistrzostwa Europy w siatkówce coraz bliżej
Splash of Colors
Pożegnaliśmy żaglowce
Poprzedni Następny

Nekrologi

Zofia Biedka