czwartek, 22 lutego 2018.
Strona główna > Sport > Tenis. Jest Janowicz, jest zabawa

Tenis. Jest Janowicz, jest zabawa

Tenis. Jest Janowicz, jest zabawa
Data publikacji: 2016-09-15 12:17
Ostatnia aktualizacja: 2016-09-16 09:58
Wywietleń: 1295 155063

– JANOWICZ może przyjedzie do nas za rok, ale tylko w charakterze gwiazdy lub specjalnego gościa – powiedział cztery lata temu Ireneusz Maciocha, przez wiele lat jeden z dyrektorów szczecińskiego challengera Pekao Szczecin Open i przedstawiciel firmy Babolat.

MÓWIŁ to po ostatnim starcie tenisisty w Szczecinie. Zakończył wtedy swój występ na ćwierćfinale, choć wszyscy wtedy doskonale zdawali sobie sprawę, jak wielki drzemie w tym 22-latku potencjał.

Ireneusz Maciocha miał rację. Janowicz od tamtej chwili zaczął osiągać pułap zdecydowanie zawyżający rangę szczecińskiego challengera. W tym roku przyjechał tylko dlatego, że przez wiele miesięcy zmagał się z kontuzją i jest akurat w takim okresie swojej kariery, że musi ją od nowa odbudować. Od poziomu challengerów.

Szczecińska publiczność oczywiście życzy niesfornemu i wielokrotnie nieobliczalnemu poza kortem tenisiście jak najlepiej, ale nie może narzekać, że kryzys tenisisty nastąpił akurat w momencie, kiedy w Szczecinie organizowany jest kolejny turniej.

Rekord publiczności

Janowicz, jak żaden inny tenisista wcześniej, zdołał skupić na sobie uwagę niemal wszystkich. Jego wtorkowy mecz z Nikolozem Basilaszwilim oglądał komplet 3,7 tys, kibiców. To jest rekord publiczności w historii szczecińskich challengerów.

Można mieć pewność, że czwartkowe spotkanie Janowicza ze Stefano Napolitano znów zgromadzi komplet publiczności. I będzie tak do samego końca jego występów na szczecińskich kortach. Kibice są pewni, że jak na korcie jest Janowicz, to jest zabawa.

Cztery lata temu niespełna 22-letni Jerzy Janowicz zaledwie kilka tygodni po występie w szczecińskim challengerze, dotarł do finału turnieju w Paryżu, który swoją rangą ustępuje tylko czterem wielkoszlemowym i turniejowi Masters. Ostatni raz polski tenisista dokonał podobnej sztuki 30 lat wcześniej. Był nim Wojciech Fibak.

Dziś sytuacja wygląda podobnie. Wtedy Janowicz jeszcze w styczniu 2012 roku klasyfikowany był na 221 miejscu listy ATP, a po finale w Paryżu był już 26. Mamy obecnie rok 2016, a Janowicz został zgłoszony do szczecińskiego challengera, jako rakieta nr 247. Po zwycięstwie w Genui awansował już na 166. miejsce.

W Szczecinie przejazdem

Czy zdoła jeszcze w obecnym roku wrócić na utracone pozycje? Tego nie wiadomo. Wiadomo jednak, że tenisista jest na takich turniejach, jak ten szczeciński tylko niejako przejazdem i trzeba czerpać garściami to, że tu jest.

W styczniu 2006 roku Janowicz miał zaledwie 15 lat. Od organizatorów szczecińskiego międzynarodowego turnieju juniorów Magnolia Cup otrzymał „dziką kartę”. Na niewiele mu się zdała, bo już w pierwszej rundzie nie dał rady Olivierowi Andrzejczukowi. Starszy o 2 lata rywal był silniejszy fizycznie, lepiej wyszkolony, ale była to jedna z jego ostatnich szans, kiedy mógł pokonać utalentowanego łodzianina.

Mistrz 16-latków

Miesiąc później Janowicz przyjechał do Szczecina po raz drugi. Tym razem okazał się najlepszy w mistrzostwach Polski do lat 16. Wśród rówieśników nie miał konkurencji i już wtedy zadziwił wszystkich siłą swych serwisów.

– Zdaję sobie sprawę, że to moja mocna strona – mówił podczas zakończonego we wtorek meczu z Basilaszwilim.

Janowicz rósł bardzo szybko. Dziś mierzy powyżej dwóch metrów. Siłą rzeczy w początkowych latach swojej kariery nie zawsze potrafił wygrywać z rówieśnikami, dysponującymi większą zwinnością i koordynacją.

– Pierwsze sukcesy zaczął odnosić późno – mówi Ireneusz Maciocha. – My jako Babolat związaliśmy się z nim 10 lat temu. Już wtedy widzieliśmy w zawodniku ogromny talent i potem przekonaliśmy się, że mieliśmy rację.

Janowicz swoje pierwsze sukcesy w dorosłym tenisie zaczął odnosić w roku 2008. Zanim do tego doszło, musiał przejść mozolną drogę uczestniczenia w najmniejszych rangą turniejach Future.

Future w Szczecinie

Jeden z nich rozegrano w roku 2007 w Szczecinie. Niespełna 17-letni młokos pokonał w pierwszej rundzie Leandro Van der Vaarta z Holandii, ale w następnej już odpadł. Zarobił swoje pierwsze pieniądze – 200 dolarów i zdobył pierwsze punkty – w tamtym roku jedyne. Kolejny raz jednak Szczecin dał mu impuls do pokonywania kolejnych barier.

Miesiąc później dotarł do finału juniorskiego US Open i wtedy tenisista dopiero został bombardowany nowymi propozycjami umów na korzystanie ze sprzętu sportowego.

– Jerzyk odrzucił wszystkie propozycje – kontynuuje I. Maciocha. – Stwierdził, że szczeciński Babolat wyciągnął do niego rękę wtedy, gdy nikt jeszcze go nie znał i na niego nie liczył.

W sierpniu 2008 roku Janowicz wygrał dwa futursy – we Wrocławiu i Olsztynie. W obu pokonał w finale starszego o dwa lata Marcina Gawrona. Na turniej Pekao Open w Szczecinie jechał z „dziką kartą” w ręku, ale tak naprawdę nikt od niespełna 18-letniego zawodnika nie oczekiwał cudów.

Ostatnia szansa Serry

Ten jednak grał bez żadnych kompleksów. Eliminował kolejnych rywali – starych wyjadaczy: Jiri Vanka i Bohdana Ulihracha i swojego stałego krajowego przeciwnika – Marcina Gawrona. Zatrzymał się dopiero w półfinale na późniejszym triumfatorze – Florencie Serra.

– To chyba była jedna z moich ostatnich szans, kiedy mogłem pokonać tego zuchwałego młodzieńca – mówił wówczas na pomeczowej konferencji prasowej Francuz.

Miał wiele racji. Podczas przełomowego dla kariery Janowicza turnieju w Paryżu w roku 2012 obaj zawodnicy spotkali się w finale kwalifikacji. Janowicz tym razem był górą i rozpoczął swój marsz po największy tenisowy sukces wśród mężczyzn od 30 lat.

Janowicz po raz ostatni odwiedził nasze miasto we wrześniu 2012 roku. Początkowo był rozstawiony z numerem 3, ale po wycofaniu się z turnieju dwóch wyżej notowanych graczy, Polak stał się głównym faworytem zmagań.

– Janowicz nie musiał już wtedy do nas przyjeżdżać – tłumaczy I. Maciocha. – Mógł wybrać bardziej prestiżowy turniej w Metz, a przyszłość pokazała, że Francja jest dla niego bardzo szczęśliwa. Przyjechał jednak do Szczecina głównie z uwagi na sentyment do naszego miasta.

– Ze Szczecinem wiąże mnie wiele przyjemnych chwil – mówił podczas swojego ostatniego pobytu Jerzy Janowicz. – Pamiętam te wszystkie moje starty, zwycięstwa i porażki. One wszystkie budowały moją tenisową karierę w znacznym stopniu.

Przed czterema laty Janowicz odpadł w ćwierćfinale, choć spodziewano się po nim znacznie więcej. Na przeszkodzie stanęli nie tylko rywale, ale kontuzja barku, z którą się Polak borykał. Swój występ zaznaczył jednak niecodziennym wyczynem. Podczas wygranego meczu z Yannickiem Mertensem z Belgii Polak zaserwował z prędkością 251 km/h. Tym samym wyrównał rekord świata Ivo Karlovica. Podczas zabawowych treningów z dziećmi posłał piłkę z jeszcze większą siłą – 263 km/h. ©℗ Wojciech PARADA

Fot. R. Pakieser

Komentarze

xt
Jest taka pewna piosenkarka, której tytułów piosenek nikt nie potrafi wymienić, ale jej pseudonim sceniczny zna każdy.
2016-09-15 12:51:35

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu
Pogoda
2
na godz. 15:00
Zobacz prognozę na trzy dni

Przez granice

Dodatek specjalny do „Kuriera Szczecińskiego”
Przez granice
CZYTAJ WIĘCEJ

Über die Grenzen

Sonderbeilage der Zeitung „Kurier Szczeciński”
Uber die grenzen
LESEN SIE MEHR

Filmy

Jak żyło się w powojennym Szczecinie
Morsy na kąpielisku Głębokie
Dawny Szczecin
Poprzedni Następny

Nekrologi

W Kurierze Szczecińskim
Kup najnowsze lub archiwalne wydanie Kuriera Szczecińskiego w wersji elektronicznej.
Przejdź do sklepu
Zamieść ogłoszenie w Kurierze Szczecińskim oraz w wersji elektronicznej.
Daj Ogłoszenie
Cyfrowy