niedziela, 25 lutego 2018.
Strona główna > Sport > Piłka nożna. Stefan Żywotko kończy 97 lat

Piłka nożna. Stefan Żywotko kończy 97 lat

Piłka nożna. Stefan Żywotko kończy 97 lat
Data publikacji: 2017-01-09 09:43
Ostatnia aktualizacja: 2017-01-10 11:31
Wywietleń: 173 196239

9 stycznia swoje 97 urodziny obchodzi Stefan Żywotko. To jedna z najbarwniejszych i na pewno jedna z najbardziej zasłużonych postaci w historii szczecińskiej piłki nożnej. Ma wielkie zasługi zarówno dla rozwoju Arkonii, jak i Pogoni.

Jeżeli jest w Szczecinie osoba, której miejscowy futbol zawdzięcza najwięcej, to na pewno pan Stefan bije resztę stawki na głowę. Trenerskie sukcesy osiągał nie tylko w Grodzie Gryfa. Świetnie pamiętają go w Gdyni, Poznaniu, ale najlepiej chyba w Algierii, gdzie tytułów miał bez liku. Gdyby nie jego przywiązanie do rodziny - żony, trójki dzieci, to mógłby w trenerskim fachu zdobyć znacznie więcej. Niczego jednak nie żałuje, bo rodzina, jak sam przyznaje i podkreśla, jest w życiu najważniejsza.

Stefan Żywotko jest rodowitym lwowiakiem. O rok starszy od Kazimierza Górskiego, którego po raz pierwszy spotkał dopiero w roku 1944. Obaj trafili wówczas do Spartaka Lwów.

- Wcześniej nie było okazji się spotkać, choć byliśmy prawie rówieśnikami - wspomina Stefan Żywotko. - Pochodziliśmy z różnych dzielnic i graliśmy w innych drużynach.

Lwów przed wojną być najsilniejszym ośrodkiem piłkarskim w Polsce. To była nie tylko Pogoń, która w latach 20 poprzedniego wieku cztery razy zdobywała tytuł mistrza Polski, a w latach 30 trzy razy była wicemistrzem. Lwów miał w ekstraklasie inne drużyny: Lechię, Hasmoneę i Czarnych. W finale pucharu Polski grała natomiast Sparta.

- Najsilniejsze były jednak: Pogoń i Czarni - wspomina S. Żywotko. - Oba kluby miały swoje siedziby po dwóch stronach ulicy. Każda drużyna przebierała się na własnych obiektach, a potem przechodziła przez ulice do wrogo nastawionego przeciwnika. Żadnych burd i awantur jednak nie było. To nie to samo, co obserwujemy dziś.
 
Jazda na koń
 
Gdy wojna się kończyła, Stefan Żywotko trafił do wojska. Dostał powołanie do jednostki kawaleryjskiej w Hrubieszowie.

- Był wrzesień 1944 roku, a ja o koniach nie miałem zielonego pojęcia. Bałem się ich - wspomina S. Żywotko. - Gdybym nie pojechał do Hrubieszowa, to znalazłbym się pewnie pod Warszawą, razem z Kazikiem Górskim i wtedy z całą pewnością moje losy inaczej by się potoczyły.

Wojna zaprowadziła Stefana Żywotkę do Koszalina, następnie do Gryfic. Zdemobilizowani żołnierze rozgrywali mecze, stroje szyli z flag niemieckich, grali w kaloszach, lub oficerkach. Stefan Żywotko spotkał znajomego ze Lwowa, który ściągnął go do Szczecina.

- Pracowałem w przetwórni mięsa, mieszkałem z rodziną niemiecką - wspomina pan Stefan. - Pomagałem im, przypominali mi rodziców, nie było między nami nienawiści. Byli wystraszeni i niepewni jutra.

Być może Stefan Żywotko nie wróciłby do wielkiego futbolu, gdyby dwukrotnie na swojej drodze nie spotkał Bronisława Skobla - późniejszego prezesa Pogoni. W powojennym Szczecinie futbol był w powijakach, organizowano mecze na zasadzie łapanki.
 
Z Czyżewskim do ekstraklasy
 
Stefan Żywotko zauważył, że bez regularnych treningów i tylko okazjonalnymi meczami nie osiągnie się sukcesów. Postanowił ściągnąć do Szczecina Zygmunta Czyżewskiego. Sam był jego asystentem, a obaj po raz pierwszy wprowadzili szczeciński klub do ekstraklasy.

- Ówczesna Gwardia grała wśród najlepszych tylko jeden rok - wspomina Stefan Żywotko. - Nie byliśmy organizacyjnie przygotowani na walkę o najwyższe cele. W całym sezonie wygraliśmy tylko jeden mecz i spadliśmy.

Stefan Żywotko nie tracił zapału. W roku 1952 ukończył kurs trenerski w Warszawie. Wśród absolwentów byli między innymi: Kazimierz Górski i Marian Suchogórski - w latach 50 piłkarz Gwardii, a potem między innymi trener Pogoni.

- Nasza trójka należała do prymusów - wspomina S. Żywotko.

Trenerzy, którzy ukończyli kurs w roku 1952 potem przez wiele lat odgrywali kluczowe role w klubach ekstraklasy. Wśród absolwentów było mnóstwo lwowiaków.

- W naszej 14 osobowej grupie naliczyłem ich aż dziesięciu - zaznacza nasz rozmówca.
 
Derby coraz pikantniejsze
 
Lata 50, to coraz częstsze konfrontacje Arkonii z Pogonią. W roku 1956 do II ligi awansowała Arkonia, a druga była Pogoń. Obie drużyny łącznie w 40 meczach zdobyły ponad 170 goli. Dwa lata później oba kluby rywalizowały już o wejście do najwyższej klasy rozgrywkowej. Lepsza była Pogoń, a Arkonia rozgrywki zakończyła na czwartym miejscu.

Stefan Żywotko wprowadził Arkonię do ekstraklasy w roku 1960 - niemal 10 lat po pierwszym awansie, kiedy był jeszcze drugim trenerem. Rywalizacja była coraz bardziej zacięta. W sezonie 1962/63 oba szczecińskie kluby spotkały się w ekstraklasie.

- Na derbowe mecze przychodziły tłumy - wspomina Stefan Żywotko. - Pamiętam, że gdy spotkania rozgrywane były przy ul. Twardowskiego, to małą trybunę zajmowali kibice Arkonii. Byli spokojniejsi, starsi, bardziej wyważeni. Ci z Pogoni kibicowali bardziej żywiołowo. Żadnych kordonów milicyjnych oddzielających fanów obu ekip nie było. Nikt wtedy nie myślał o żadnych rozróbach.
 
Z Arkonii do Pogoni
 
Arkonia w roku 1963 pod wodzą trenera Żywotko zajęła szóste miejsce - przed Legią, Wisłą, ŁKS, Lechią i Lechem. Po roku była już ostatnia.

- Atmosfera w Arkonii była coraz gorsza - wspomina S. Żywotko. - Wciąż byli tam utalentowani piłkarze, jak: Szaryński, Waliłko, Mańko, Mikulski, drużyna juniorów została mistrzem Polski, ale w klubie coraz większy wpływ mieli działacze z przemysłu stoczniowego.

Arkonia spadła do drugiej ligi, a następnie do trzeciej i wtedy znów na drodze Stefana Żywotki stanął Bronisław Skobel, wtedy prezes Pogoni.

- Pogoń w roku 1965 spadła do II ligi, była rozbita i potrzebowała trenera - mówi S. Żywotko. - Początkowo byłem niechętny pracy w Pogoni. Przecież przez tyle lat rywalizowałem z nią, ale uznałem, że to przecież szczeciński klub i należy spróbować.
 
Hat trick juniora
 
W pierwszym meczu w II lidze Pogoń przegrała w Krakowie z Hutnikiem 0:2. Trener Żywotko już wtedy wiedział, że trzeba odważniej postawić na młodzież. Ściągnął z turnieju o mistrzostwo Polski juniorów Zenona Kasztelana, a ten w debiucie zdobył trzy gole. Potem do drużyny wchodziło wielu innych młodych, obiecujących piłkarzy.

- Mikulski i Mańko przyszli z Arkonii - wylicza S. Żywotko. - Kasztelan, Malinowski, Jatczak i Rynkiewicz byli wychowankami, Boguszewicz, Czubak i Justek trafili ze Słupska, a Wojciechowski i Jakóbczak ze Śląska.

Trener Żywotko zbudował kapitalną drużynę. W roku 1968 zajęła 6 miejsce - najwyższe w historii (miała tyle samo punktów, co czwarta Polonia Bytom). Przed nią plasowały się tylko kluby śląskie i Legia. Przez całą następną dekadę Pogoń budowała swoją siłę w oparciu o tych piłkarzy.

W roku 1970 zajęła czwarte miejsce, a w ekstraklasie grała nieprzerwanie przez 13 lat - najdłużej w historii. Trener Żywotko pracował nieprzerwanie jako pierwszy trener przez 4,5 roku - też najdłużej w historii klubu. Potem wrócił na dwa lata do Arkonii.

- W tym klubie nie było już determinacji, parcia na sukces. Dominowała przeciętność, a mnie praca w takich warunkach nie interesowała - wyjaśnia nasz rozmówca.
 
Prezes się pomylił
 
Następnie wyruszył w Polskę. Przez trzy sezony pracował w Warcie Poznań i pewnie osiągnąłby z tym klubem sukces, gdyby prezes nie wygłupił się i nie podsunął trenerowi kartki ze składem na następny mecz.

- Dla mnie to oznaczało koniec współpracy - mówi S. Żywotko. - Później, po latach ten sam prezes przepraszał mnie i przyznawał, że popełnił wielki błąd.

W roku 1975 trener wyjechał do Gdyni. Miejscowa Arka spadła do drugiej ligi i trzeba było ją „reanimować".

- W klubie miałem utalentowanego 20 latka. Janusz Kupcewicz się nazywał. Jego ojciec, z którym przed laty grałem w piłkę szukał mu klubu. Kupcewicza chciał Górnik, a ja miałem już dość tej przepychanki. Powiedziałem, żeby się zdecydował. Wybrał Arkę i stąd trafił do reprezentacji, był na mistrzostwach świata i wywalczył z reprezentacją trzecie miejsce.

Największe sukcesy trenerskie odnotował jednak w Algierii. Wyjechał tam w roku 1977, a rok wcześniej miał jechać z Kazimierzem Górskim do Kuwejtu.
- Wszystko było załatwione, ale po igrzyskach w Montrealu prezes PZPN, Marian Ryba tak się zdenerwował przegranym finałem z NRD, że odmówił wyjazdu Górskiemu i mnie.
 
Przybył z dalekiego kraju
 
Minął rok, a Stefan Żywotko wylądował w Algierii - niemal w przedzień świąt Bożego Narodzenia, nie znając języka, kultury i obyczajów. To właśnie dzięki polskiemu trenerowi futbol w Algierii święcił w latach 80 największe sukcesy - klubowe i reprezentacyjne.

Z klubem Kabylie JS był siedem razy mistrzem kraju i dwa razy wygrywał z nim Puchar Mistrzów Afryki. Od prezydenta kraju otrzymał najwyższe odznaczenie państwowe. Pewnie zostałby dłużej, niż 13 lat, gdyby nie napięta sytuacja w kraju.

- Zapraszali mnie sześć lat temu. Proponowali kontrakt. Za sam podpis dawali 50 tys. dol. - dodaje S. Żywotko, który gdyby się zgodził, to zostałby chyba najstarszym szkoleniowcem na świecie.

W latach 80 Algieria dwukrotnie grała w finałach mistrzostw świata. W roku 1982 pokonała RFN 2:1, ale z grupy nie wyszła.

- Przestrzegałem ich, żeby nastawili się na mecz z Austrią - wspomina S. Żywotko. - Oni zagrali mecz życia z Niemcami, ale z Austrią już przegrali.
 
Kapitan od Żywotki
 
W drużynie narodowej grał wówczas między innymi Ali Fergani - podopieczny trenera Żywotki z Kabylie JS.

- Był kapitanem drużyny, który miał więcej w zespole do powiedzenia, niż Madjer, czy Belloumi - dodaje trener.

Drużyna Algierii w latach 80 trzy razy stawała na podium w Pucharze Narodów, grała w finale Igrzysk Olimpijskich w Moskwie. Stefan Żywotko miał propozycję, by prowadzić reprezentację Algierii. Wtedy może zostałby w Polsce bardziej doceniony i stawiany przynajmniej na równi z Henrykiem Kasperczakiem, czy Antonim Piechniczkiem, którzy również w Afryce radzili sobie doskonale.

- W reprezentacji było za dużo polityki - wspomina S. Żywotko. - Ja zawsze lubiłem być zależny tylko od siebie, a gardziłem wszelakimi układami i układzikami. Dlatego prowadziłem klub z Algierii, a nie reprezentację tego kraju, dlatego pracowałem na Wybrzeżu, a nie na śląsku, gdzie w latach 60 i 70 nie brakowało ptasiego mleka. ©℗ Wojciech Parada

Fot. R. Pakieser

Komentarze

Wielkie gratulacje i wspomnienia
Panie Stefanie! Zawzse wspominam nasza wspolna prace w Arce Gdynia ale najwiecej te wazne w zyciu Pana doswiadczenia. Wtedy mnie pouczal Pan taktak: wiesz jak ktos puka w nocy do moich drzwi to sie przewracam na drugi bok i spie dalej.Poprostu dlatego ze byl Pan zawsze bardzo porzadanym czlowiekiem i pewnie to jest ta recepta na dlugie zycie.Postepuje wiec tak jak Pan mnie nauczal i tez mam sie bardzo,bardzo dobrze..Ma Pan 100% racji o tym co w zyciu najwazniejsze.100 lat zycze z dalekiej Szwecji-Bogdan Maslanka kidys Pana zawodnik przez te bodaj najlepsze lata Pogoni z 30 tysiacami na trybunach stadionu co powinien nazywac sie Pana imieniem juz dawno.
2017-01-10 11:29:12
Bije na głowę
O Krygierze też tak pisano, więc kto jest ważniejszy?
2017-01-09 10:52:22

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu
Pogoda
-3
na godz. 18:00
Zobacz prognozę na trzy dni

Przez granice

Dodatek specjalny do „Kuriera Szczecińskiego”
Przez granice
CZYTAJ WIĘCEJ

Über die Grenzen

Sonderbeilage der Zeitung „Kurier Szczeciński”
Uber die grenzen
LESEN SIE MEHR

Filmy

Jak żyło się w powojennym Szczecinie
Morsy na kąpielisku Głębokie
Dawny Szczecin
Poprzedni Następny

Nekrologi

W Kurierze Szczecińskim
Kup najnowsze lub archiwalne wydanie Kuriera Szczecińskiego w wersji elektronicznej.
Przejdź do sklepu
Zamieść ogłoszenie w Kurierze Szczecińskim oraz w wersji elektronicznej.
Daj Ogłoszenie
Cyfrowy