poniedziałek, 19 lutego 2018.
Strona główna > Sport > Piłka nożna. Ruch podejmuje Pogoń - historie odległe i niezwykłe

Piłka nożna. Ruch podejmuje Pogoń - historie odległe i niezwykłe

Piłka nożna. Ruch podejmuje Pogoń - historie odległe i niezwykłe
Data publikacji: 2015-10-02 10:36
Ostatnia aktualizacja: 2015-12-12 14:09
Wywietleń: 143 25461

W piątek piłkarze Pogoni Szczecin zechcą kontynuować serię meczów bez porażki. Jeżeli nie przegrają z Ruchem, to pobiją rekord ustanowiony dwa sezony temu. Obecnie ten licznik wynosi 10 meczów bez przegranej.

Bezpośrednie konfrontacje Pogoni Szczecin i Ruchu Chorzów były szczególnymi wydarzeniami dla Eugeniusza Ksola. Jeszcze przed wojną kibicował tej drużynie, w której pierwsze skrzypce grali tacy piłkarze, jak: Wilimowski, Peterek, czy Alszer. Po wojnie podziwiał grę Gerarda Cieślika. Wtedy nie przypuszczał jeszcze, że przyjdzie taki dzień, że zagra przeciwko niemu.

Do Szczecina przybył z zupełnie innego i do dziś pewnie mocno tajemniczego dla zwykłych szczecinian miejsca, z pokrętną i ledwie zrozumiałą dla nas historią. Ksol grał w Pogoni 6 lat, a po raz pierwszy przeciwko Ruchowi w roku 1959.


- Na śląsku modne były wtedy dwumecze – opowiada Ksol. - Graliśmy z Ruchem na Stadionie Śląskim, a na trybunach zasiadło 75 tys. kibiców. Grałem na prawej obronie i chciałem się pokazać. Na trybunach siedzieli moi rodzice, obecna była też małżonka, która akurat spodziewała się dziecka. Bardzo mi zależało, grałem ostro, nie przebierałem w środkach i zostałem przez 75 tysięczną widownię potraktowany, jako wróg numer 1. Po meczu kibice chcieli mnie zaatakować i z trudem im umknąłem. Było nerwowo.
 
Odmówił Ruchowi
 
Pogoń ten mecz przegrała 0:1, a dla Ksola była to pierwsza i ostatnia potyczka przeciwko chorzowskiej legendzie, Cieślikowi. Po sezonie w roku 1959 Cieślik zakończył piłkarską karierę. Dla Ksola najbardziej pamiętny był mecz z sierpnia roku 1983. Przyjechał z Pogonią jako trener do swojego rodzinnego Chorzowa i zlał swój ukochany Ruch 4:0. Nie miał wtedy żadnych skrupułów. Na pytanie, czy wróci i pomoże odbudować hegemonię Ruchu – odmówił.

To było spotkanie, po którym zaczął rozkwitać talent Marka Leśniaka. 19 letni młokos ustrzelił hat tricka i zadziwił wszystkich swoją zuchwałością. To był początek wspaniałych karier Józefa Wandzika i Krzysztofa Warzychy – rówieśników Leśniaka. Ten pierwszy z Leśniakiem dopiero co wrócili z młodzieżowych mistrzostw świata w Meksyku, gdzie wywalczyli brązowe medale i należeli do najlepszych w drużynie.

- Do Chorzowa jechaliśmy po turnieju w Belgii – wspomina Ksol. - Wygraliśmy z Brugge i Borussią Dortmund. Ograliśmy w pucharze Intertoto Malmoe, St. Gallen i Werder Brema. Mnie to nie dziwiło, że ograliśmy Ruch tak łatwo. Mieliśmy kapitalną drużynę.
 
Szczęście do trenerów
 
Ksol do Ruchu trafił z gimnazjum, które było filią klubu. Miał szczęście do znanych trenerów. Najpierw spotkał na swojej drodze Spirydiona Albańskiego - uczestnika Igrzysk Olimpijskich w roku 1936, wielokrotnego reprezentanta Polski.

- Ja i wielu moich kolegów z wypiekami na twarzy słuchaliśmy jego wspomnień - mówi Eugeniusz Ksol. - Miałem 17, może 18 lat. Albański wiele razy mówił o przegranym półfinale z Austrią - wtedy najlepszą drużyną na świecie - o przegranym meczu o brązowy medal z Norwegią, o nazistowskiej propagandzie sukcesu igrzysk w Berlinie. To był urodzony lwowiak, których po wojnie na Śląsku było bardzo dużo, miał dar opowiadania.

Ksol do Ruchu trafił za namową ówczesnych trenerów: Ryszarda Koncewicza i Teodora Peterka. Szczególnie ten drugi był wtedy wielką chorzowską legendą. Przed wojną wespół z Wodarzem i Wilimowskim tworzyli najlepszy tercet napastników w historii Ruchu.
 
Ślązacy w Wehrmachcie
 
Peterek wrócił do Chorzowa po wojnie, ale już nie reprezentował tej klasy, co wcześniej. Trenerem też nie był tak dobrym, jak piłkarzem. Z pewnością wpływ na jego i wielu innych znakomitych piłkarzy miała wojna. W roku 1942 250 tys. Ślązaków zostało wciągniętych do armii Wehrmachtu.

- Oni nie tracili kontaktu z futbolem - mówi Ksol. - Gdy byli w niewoli albo w wojskach angielskich lub Andersa, to tworzyli drużyny piłkarskie i grali. Taki Henryk Alszer po wojnie długo grał w Ruchu, strzelał mnóstwo goli. Dziś bez zająknięcia mógłbym wymienić cały powojenny skład Ruchu.

W śląskich drużynach grali też piłkarze, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli podpisywali volkslisty, na ochotnika zgłaszali się do armii.

- Jednym z takich był Janik, bramkarz AKS Chorzów - wspomina Ksol. - W czasie wojny ochotniczo wstąpił do niemieckiej marynarki wojennej, grał w niemieckim klubie Germania Konigshutte. Nikt mu jednak nie wypominał tego.

Janik miał jednak mnóstwo kłopotów z władzą. Musiał nawet zmienić imię z Wernera na Antoniego, bo źle się kojarzyło. To był warunek, by otrzymać zgodę na zawarcie związku małżeńskiego.
 
Historia Wilimowskiego
 
Eugeniusz Ksol zupełnie inaczej zapamiętał historię słynnego Ernesta Wilimowskiego, który w latach PRL został niemal wyklęty.

- On sam o sobie mówił, że jest Górnoślązakiem - mówi Ksol. - Grał z koszulką ze sfastyką. Starsi kibice pamiętali, że w ostatnim przedwojennym meczu Polska wygrała w Warszawie z Węgrami - wtedy wicemistrzami świata. Wilimowski strzelił trzy gole, rok wcześniej w finałach mistrzostw świata Brazylii aż cztery. To była postać tragiczna. Nigdy po wojnie na Śląsk już nie wrócił, choć bardzo chciał. Był przede wszystkim genialnym piłkarzem. ©℗ Wojciech Parada

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu
Pogoda
3
na godz. 15:00
Zobacz prognozę na trzy dni

Przez granice

Dodatek specjalny do „Kuriera Szczecińskiego”
Przez granice
CZYTAJ WIĘCEJ

Über die Grenzen

Sonderbeilage der Zeitung „Kurier Szczeciński”
Uber die grenzen
LESEN SIE MEHR

Filmy

Jak żyło się w powojennym Szczecinie
Morsy na kąpielisku Głębokie
Dawny Szczecin
Poprzedni Następny

Nekrologi

W Kurierze Szczecińskim
Kup najnowsze lub archiwalne wydanie Kuriera Szczecińskiego w wersji elektronicznej.
Przejdź do sklepu
Zamieść ogłoszenie w Kurierze Szczecińskim oraz w wersji elektronicznej.
Daj Ogłoszenie
Cyfrowy