środa, 22 listopada 2017.
Strona główna > Sport > Piłka nożna. Kibicowska krew (ROZMOWA)

Piłka nożna. Kibicowska krew (ROZMOWA)

Piłka nożna. Kibicowska krew (ROZMOWA)
Data publikacji: 2016-08-26 09:44
Ostatnia aktualizacja: 2016-08-26 09:45
Wywietleń: 975 149790

Rozmowa z Dawidem Kudłą – bramkarzem Pogoni Szczecin

Obecna runda jest już trzecia, w której Dawid Kudła rywalizuje o miejsce w składzie z Jakubem Słowikiem. O ile za pierwszym razem miał nieco ułatwione zadanie, bo konkurent rozpoczął okres przygotowawczy z kontuzją, to w dwóch kolejnych okresach przygotowawczych przegrywał już rywalizację, by później jednak wskoczyć do składu już w trakcie sezonu.

– Wasza rywalizacja wygląda trochę jak wyścig kolarzy. Pan zawsze atakuje z drugiej pozycji?

– Przyznam szczerze, że spodziewałem się gry w wyjściowym składzie od początku sezonu, tak czułem podczas okresu przygotowawczego i tak to z mojej perspektywy wyglądało. Zawsze jednak ostatnie zdanie należy do trenera, który ma ten komfort, że może podejmować decyzje niemal w ostatniej chwili. Z Kubą rywalizujemy na zdrowych zasadach, jesteśmy kolegami, ale każdy z nas chce grać. Pewnie Kuba uważa, że jemu należy się miejsce, a ja jestem zdania, że mi. Cieszę się, że wskoczyłem do składu i choć początek był niefortunny, to chcę wierzyć, że najgorsze już poza mną. Nie oddam już miejsca. Wiem, że mówiłem już tak rok temu i wtedy nie udało się. Dziś jednak jestem bramkarzem dojrzalszym, na pewno lepszym. Chcę to udowodnić.

– Początek rzeczywiście był niefortunny. W meczu ze Śląskiem i Zagłębiem nie obronił pan żadnego strzału.

– Żadnego strzału nie obroniłem też w meczu z Piastem, bo Piast takiego nie oddał. Szczególnie mecz z Zagłębiem utkwił mi w pamięci. Tak to już jest z bramkarzami, jeden błąd może skończyć się stratą gola i punktów i wszyscy potem obwiniają bramkarza i pamiętają tylko tę jedną, złą interwencję. Tak właśnie było w Lubinie. Nie muszę dodawać, że było mi przykro, zespół zasługiwał na wygraną, zabrakło niewiele, ale musiałem się wziąć w garść i zrobiłem to. W kolejnych meczach takich błędów już nie popełniałem.

– Przychodziły wtedy myśli, że może pan powrócić na ławkę rezerwowych?

– Trener szybko ze mną porozmawiał i zapewnił, że ciągle jestem bramkarzem numerem 1 i od tamtej pory zagrałem w trzech meczach i nie straciliśmy gola. Dla mnie to było bardzo ważne, że poczułem wsparcie, a nie wątpliwość. Nasza gra wygląda coraz lepiej, w defensywie popełniamy coraz mniej błędów, a ja mogę się tylko cieszyć, że szybko po Lubinie udało mi się zrehabilitować.

– Już w kolejnym meczu z Termaliką była taka sytuacja na samym początku, kiedy nie bał się pan wyjść do dalekiego dośrodkowania. Czy po meczu w Lubinie nie pozostał uraz psychiczny?

– Absolutnie nie. Gdy graliśmy mecz z Termaliką, to mecz w Lubinie był już historią. Bramkarz nie może rozpamiętywać porażek, złych interwencji, musi skupić się na kolejnym zadaniu. Jeżeli była sytuacja, w której musiałem wyjść z bramki, to zrobiłem to. Lęk i bojaźń, to nie są cechy, które charakteryzują dobrego bramkarza. Nawet nie za bardzo pamiętam, o jakiej sytuacji pan mówi, to chyba nie musiało być nic wyjątkowego.

– Przed rokiem też zdarzył się panu zły mecz. To było spotkanie z Cracovią. Czy wtedy łatwiej było się podnieść, czy po pojedynku w Lubinie?

– Ale mi pan wypomina te złe mecze. Ja już zdążyłem o tym występie w Krakowie dawno zapomnieć, a pan pamięta. Bramkarze nie mogą tkwić w historii i szczególnie tej niezbyt przyjemnej. Psychika w naszym zawodzie jest bardzo ważna i jeżeli chcemy dobrze wykonywać pracę, to głowa musi być absolutnie wolna od złych myśli i wspomnień. Dlatego nie powiem panu, czy gorzej czułem się przed rokiem po Cracovii, czy po meczu w Lubinie, bo w ogóle się nad tym nie zastanawiam. Teraz czuję się znakomicie, bo drużyna wygrywa, a ja od trzech spotkań nie puściłem bramki i raczej ten fakt chcę mieć w głowie.

– No właśnie, wasza passa pewnie powoduje, że treningi wyglądają zupełnie inaczej jak na początku sezonu? Chodzi o atmosferę.

– Na pewno nam ulżyło. Od samego początku mieliśmy świadomość, że nie jesteśmy złą drużyną i na pewno możemy osiągać lepsze wyniki. Ale wiadomo, jak to jest. Piłka nie zawsze jest sprawiedliwa, nie zawsze lepszy zespół wygrywa. Znaliśmy nasze statystyki, wiedzieliśmy, że oddajemy dużo strzałów, ale nie było efektów. Nawet jednak wtedy, gdy wyniki nie były dobre, to atmosfera nie była gęsta. Nie było wzajemnego obwiniania się, ale raczej konstruktywne rozmowy. Myślę, że wytrzymaliśmy ciśnienie, byliśmy cierpliwi, a teraz może być już tylko lepiej.

– Przed meczem z Termaliką byliście na ostatnim miejscu, a po wygranej z Piastem jesteście już na szóstym. Szybko to się zmienia.

– Wygrana z Cracovią może spowodować, że nastąpi kolejny skok, nawet na czwarte miejsce. To dopiero początek sezonu, poszczególne drużyny różnie go zaczęły, najważniejsze, by wejść w jakiś odpowiedni rytm i my chyba ten rytm złapaliśmy. Jesteśmy teraz w sytuacji, że czekamy z niecierpliwością na kolejny mecz, myślimy jak się nam ułoży. Nie możemy jednak popadać w nadmierny optymizm i raczej to nie grozi.

– Dał się pan poznać jako osoba dość spontaniczna. Nie szkoda panu sił na biegnięcie na drugą stronę boiska, by cieszyć się razem z kolegami po zdobytym golu? Rzadko bramkarze tak robią.

– Absolutnie nie szkoda. Robiłem tak zawsze, już od trampkarza, więc mam w tym względzie już doświadczenie. Czasem rzeczywiście człowieka może nieco przytkać, bo pobiec w jedną stronę sprintem, a później wrócić do bramki, to spory wysiłek, ale warto. Radość po zdobytym golu to esencja futbolu. Podobnie jest w sytuacjach, gdy bronimy. Jak uda się zrobić coś dobrego, to wzajemnie się wspieramy. Na tym to polega, musimy być drużyną i trzeba to pokazywać.

– Jest pan też wodzirejem w szatni. Oglądamy pana występy w klubowej telewizji po wygranych meczach, kiedy intonuje pan różne przyśpiewki. Od kiedy tak się dzieje?

– Dziś trudno mi powiedzieć od kiedy, już od jakiegoś czasu, jak jestem w Pogoni i jak czuję się coraz pewniej w szatni. Mam w sobie taką kibicowską krew, bardzo często reaguję na pewne wydarzenia spontanicznie, tak jak pan to zauważył po strzelonej bramce, albo w szatni po zwycięskim meczu. My piłkarze tak samo się cieszymy jak kibice, ale na boisku musimy zachować koncentrację i nie możemy pozwolić sobie na nadmierny entuzjazm jeszcze przed zakończeniem meczu. W szatni te emocje opadają i jest czas na prawdziwą eksplozję. Wtedy puszczają wszystkie hamulce i możemy pokazać naszą radość. To są zawsze bardzo fajne chwile.

– Dziękuję za rozmowę. ©℗ Wojciech Parada

Fot. R. Stachnik

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu

Filmy

Pomnik Wdzięczności zaczyna znikać
Tłumy na otwarciu nowego Galaxy
Ulica całkiem inna
Poprzedni Następny